18 grudnia 2014

Licorice | Essie































W poprzednim poście lakierowym, który możecie zobaczyć TU, pojawiła się moim zdaniem klasyka koloru, czyli czerwień, która jest idealnym wyborem na świąteczny manicure. Dziś chciałabym Wam pokazać mój drugi typ, mianowicie moją ukochaną czerń z Essie, w kolorze Licorice. Wiem, że dla wielu osób czerń na paznokciach jest dość kontrowersyjnym kolorem, ale w moim mniemaniu, na krótkich, zdabanych paznokciach, prezentuje się fantastycznie i jest tak samo uniwersalna jak czerwień. Nie ukrywam, że rzadko sięgam po nią latem, wtedy stawiam raczej na biel, ale jesienią, zimą i wczesną wiosną, czarne paznokcie to u mnie bardzo częsty element. Czerń niestety czerni nie równa i po kilku dramatach, które pojawiły się przy okazji malowania czarnymi lakierami z innych marek, w końcu trafiłam na egzemplarz, który jest dla mnie ideałem i trzymam się go do dziś. Essie nie zawiódł mnie i tym razem. Lakier jest kremowy, nie posiada żadnych drobinek, ja posiadam wersję z szerokim pędzelkiem, a co za tym idzie, aplikacja jest czystą przyjemnością i jeśli tylko nie trzęsą mi się ręce, idzie jak po maśle :) Lakier kryje po pierwszej warstwie, ale aby wydobyć głębię koloru, zawsze nakładam dwie i dopiero ten efekt mnie satysfakcjonuje. Lakier idealnie pokrywa paznokcie, nie pojawiają się żadne prześwity, smugi czy bąble, na dodatek sam w sobie pięknie lśni, a pociągnięty topem Good to Go, daje obłędny efekt! Ogólnie jak mogliście zauważyć na blogu, moje paznokcie zawsze są krótkie, takie mi się podobają po prostu i oczywiście są wygodne i praktyczne i choć wiem, że sporo dziewczyn bardzo lubi długie paznokcie i pięknie u nich wyglądają, uważam, że akurat czerń zarezerwowana jest tylko dla tych pierwszych, równo obciętych czy przypiłowanych, ale oczywiście to moje zdanie i sugestia. Tak czy inaczej Licorice to klasyka w pięknym, głębokim i eleganckim wydaniu.
A Wy jak sądzicie? Wybrałybyście czerń dla siebie na nadchodzące świąteczne dni? :)

14 grudnia 2014

Snapshots of the Week 64






































1. Bianca. 2. Czystek na rozgrzanie. 3. Razowa szarlotka (wolę tradycyjną;) 4. Starbucks.






































5. Wieczory w bluzie. 6. Gwiazdki. 7. Sztruks. 8. Nie rób!






































9. Wieczór z YouTube. 10. W Ikei świąteczne cuda. 11. Crazy Gal. 12. Super dzień dobry.

9 grudnia 2014

Fifth Avenue | Essie































Czy istnieje inny kolor w okresie świątecznym, niż klasyczna czerwień? Moim zdaniem nie. Dlatego w grudniu sięgam po klasyk, którego buteleczek nie zliczę ile już się u mnie przetoczyło. Fifth Avenue, kremowy, bez krzty drobinek, kryje cudownie po dwóch warstwach, nie bąbluje, trzyma się przez wiele dni bez uszczerbku i co najważniejsze, sam w sobie pięknie lśni. Dostępny jest w stałej ofercie marki, z szerokim pędzelkiem, idealnie sunie po paznokciach, malowanie nim, to sama przyjemność. I jest to odcień akurat, czyli zawiera w sobie odrobinę tonu pomarańczy, odrobinę maliny ale finalnie przy każdej karnacji prezentuje się obłędnie, czarując nas klasycznym kolorem czerwieni. Nie ważne jaki strój wybierzecie na kolację wigilijną, stonowaną małą czarną, czy cekinowe spodnie, ważne jest, aby na paznokciach gościł Fifth Avenue, uwierzcie, oczaruje każdego i idealnie wpisze się w ten magiczny klimat.

Znacie tą klasykę od Essie? 

4 grudnia 2014

November Beauty Favourites






























Kilka dni temu pożegnaliśmy listopad. Cieszę się, bo nie lubię tego miesiąca, ciemne popołudnia jak wieczór i pierwsze zimowe powietrze powodują, że mam ochotę udać się w zimową drzemkę, która zakończy się w kwietniu, bądź spędzić całą zimę pod kocem z popcornem, oglądając wszystkie możliwe seriale i przeczekać tą pluchę i szarość, a najdalsza wyprawa kończyła by się u drzwi mojego mieszkania, gdzie odbierałabym paczki żywnościowe dostarczane przez moich rodziców. No ale, wyjść z domu i robić coś ze swoim życiem trzeba, więc podczas gdy ja rozmyślam dalej o planie doskonałym uniknięcia bliższego spotkania z zimą, Was zapraszam na post z moimi ulubieńcami listopada:)

PIELĘGNACJA

Pharmaceris H-Stimupurin moje włosy w tym sezonie jesiennym dostały grubo po tyłku cebulkach i naprawdę wypadały na potęgę. Sięgnęłam po sprawdzony i dla mnie niezawodny suplement diety Vitapil, a kurację z zewnątrz wspomogłam dwoma kosmetykami, które u mnie sprawdziły się genialnie. Pierwszym z tych kosmetyków jest szampon z firmy Pharmaceris, przeznaczony do włosów okresowo wypadających, wspomagający ich wzrost oraz gęstość. Jak wiemy przyczyn wypadania włosów jest tak wiele, jak wiele jest problemów, ale ten szampon działa na wypadanie włosów spowodowane okresowym przesileniem, osłabieniem, stresem czy zaburzeniami w gospodarce hormonalnej zarówno u kobiet jak i u mężczyzn. U mnie sprawdził się świetnie. Bardzo gęsty, wydajny, zawiera sls więc dobrze się pieni i mocno oczyszcza włosy, ale nie przesusza ich przy tym, raczej zmiękcza i odżywia. Pachnie przyjemnie, choć zapach jak dla mnie jest raczej z tych w wersji unisex. Włosy po jego użyciu są gęste, puszyste, długo świeże, skóra głowy nie jest podrażniona i zdecydowanie wypadanie jest ograniczone, a także można zauważyć sporo baby hair, które pojawiają się w oszałamiającym tempie. Na tą chwilę mogę powiedzieć, żę wypadania się pozbyłam, ale szampon zostaje ze mną i raz na jakiś czas zamierzam do niego wracać.

WAX maska do włosów ciemnych ze skłonnością do wypadania wspomagała kurację szamponem Pharmaceris. Wspominałam już na blogu, że jedną z moich ulubionych masek jest Biovax z aloesem, także do włosów osłabionych, ale gdy dostałam maskę WAX postanowiłam dać jej szansę. Wiem, że stosują ją nawet pacjenci po chemioterapii, znacznie przyśpiesza porost włosów i ich zagęszczenie. Szczerze przyznam, że ta maska wyparła mojego ulubionego dotychczas Biovaxa. Głównie ze względu na zapach, przyznaję, że jest bardzo przyjemny i długo utrzymuje się na włosach, ale także genialne działanie, odżywia włosy, regeneruje je, a wmasowywana w skórę głowy również wspomogła moją kurację przeciw wypadaniu włosów. Zdecydowanie świetny produkt.

KORRES i żel pod prysznic o zapachu miętowej herbaty. O jeju, jak ja uwielbiam ten produkt  i jak bardzo jestem od niego uzależniona. Nie ma dla niego odpowiedniej pory roku, odpowiednia pora na ten żel jest u mnie zawsze. Kocham jego zapach, wielbię za działanie, woda z kranu w moim mieszkaniu mogłaby mieć jego konsystencję (tak lekką i tak nawilżającą) i zapach (tak genialny, świeży, ale nie za bardzo, długo utrzymujący się na skórze). Mój hit od kilku lat, wracam do niego regularnie, listopad pachniał właśnie miętową herbatą od Korres.

The Body Shop ma swoje wzloty i upadki, ale aloesowy balsam do ust jest zdecydowanie tym pierwszym. Spora tubka w dobrej cenie, z dobrym składem i jeszcze lepszym działaniem. O ile na noc czy w domu niezawodny i niezastąpiony jest dla mnie Nuxe w słoiczku, tak w listopadzie na dworze o moje usta świetnie zadbał ten produkt. Nawilża, wygładza usta, jest dobrą bazą pod kolorowe produkty, czego chcieć więcej?

MAKIJAŻ 

Chanel Rouge Coco Shine w kolorze, którego sama nazwa mogłaby mnie skusić do zakupu - BOY. Ok, nazwa genialna, ale kolor jej nie ustępuje. Piękny, ciepły ze złotą poświatą na ustach, który optycznie je powiększa i sprawia, że cała twarz nabiera świeżości. Moim zdaniem kolor, który każdy powinien mieć, sprawdzi się absolutnie przy każdej karnacji, nie mówiąc o tym, że w tą szarugę doda nam tego blasku, którego teraz potrzebujemy.

Essie Tuck It In My Tux z zimowej kostki marki, mogliście już zobaczyć na blogu TU. Podbił moje serce, idealnie trafia w mój gust, pięknie wygląda na paznokciach i myślę, że tej zimy będzie to mój numer jeden. Cudo!

Jestem bardzo ciekawa, jacy byli Wasi listopadowi ulubieńcy i czy znacie wymienione dziś przeze mnie kosmetyki? Czekam na Wasze komentarze!



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...