17 października 2019
Ulubieńcy kosmetyczni września i października
Wakacje za nami, to był super czas, ale jesień zawitała na dobre, więc wyjazdy, plażowanie i relaks niestety odeszły już w niepamięć. Wracam do Was z nowym wpisem, z ulubionymi kosmetykami ostatnich dwóch miesięcy, wśród których jest perełka, o której koniecznie muszę Wam wspomnieć.
Rahua Voluminous Shampoo to całkowita nowość w mojej pielęgnacji włosów. Po tym jak skończył się mój szampon z REF (który jest genialny i bardzo go Wam polecam, pisałam o nim w poprzednim wpisie, na pewno do niego wrócę), zdecydowałam się w końcu postawić na ten firmy Amazon Beauty. Zajęło mi kilka lat, aby go wypróbować, był na mojej liście naprawdę długo, ale za każdym razem, gdy już miałam go kupić, pojawiała się jakaś nowość i odkładałam zakup na inny czas. Ale jest, w końcu go mam i mogę Wam napisać, że jest to naprawdę bardzo dobry, naturalny szampon do włosów cienkich i delikatnych. W składzie bogactwo składników organicznych, między innymi lawenda, eukaliptus, trawa cytrynowa czy zielona herbata. Wszystkie te składniki przekładają się nie tylko na pielęgnację, ale też wspaniały zapach, który śmiało mogę nazwać aromaterapeutycznym, cudownie relaksuje i odpręża. Sam szampon ma postać bardzo gęstego żelu, który jest faktycznie bardzo wydajny, odrobina wystarczy, aby dobrze się spienił i oczyścił włosy. A włosy faktycznie są po nim dokładnie oczyszczone, puszyste i lekkie, dość dobrze się rozczesują, a okres pomiędzy myciem włosów jest trochę wydłużony, ponieważ włosy pozostają dłużej świeże. Cena tego szamponu nie jest niska, ale działanie, właściwości i sam zapach rekompensują ją i sprawiają, że przez chwile możemy się poczuć w zaciszu własnej łazienki jak w SPA.
Origins Drink Up 10 Minute Hydrating Mask to kolejna nowość dla mnie i kolejny bardzo fajny strzał do mojej suchej cery. Maseczka, która w nazwie ma tylko 10 minut, ale ja stosuję ją na noc. Woda ze szwajcarskiego lodowca, olej rycynowy oraz z pestek moreli, skwalan, mocznik i kwas hialuronowy, to kluczowe składniki tej maski. Cały ten koktajl (to chyba dobra nazwa, maska pachnie jak najpyszniejszy owocowy shake) sprawia, że skóra jest delikatnie wypełniona, nawilżona, gładka i zregenerowana. Nakładam ją grubszą warstwą, po ok. 10 minutach ściągam jej nadmiar chusteczką i pozostawiam na skórze na noc. Bardzo przyjemna maseczka dla cer suchych.
Purite Ujędrniające masło do ciała/ After Sun to nie jest nowość w mojej pielęgnacji, nawet nie pamiętam, który to już mój słoiczek tego cudownego specyfiku, ale nie wspominałam o nim jeszcze na blogu w szerszej recenzji. Cudownie odżywcze, nawilżające i regenerujące masło do ciała naszej polskiej firmy Purite, która tworzy tylko naturalne i organiczne kosmetyki. Praktycznie każdy kosmetyk tej firmy, który do tej pory testowałam, spisywał się u mnie znakomicie, ale to masło to mój numer jeden tej firmy. Prosty skład, który bezpieczny jest nawet dla dzieci, w nim masło kakaowe, karite, olej kokosowy, ze słodkich migdałów, arganowy, wosk sojowy, olejowy wyciąg z aloesu, oraz witamina E. Tak, tylko tyle i aż tyle. Masło rozgrzane w dłoniach zmienia się w olejek, wspaniale sunie po ciele i ładnie się wchłania, pozostawiając warstwę ochronną na ciele. Mimo tego, iż nie zawiera żadnych olejków eterycznych czy substancji zapachowych, pięknie pachnie czekoladą, wszystko za sprawą masła kakaowego. Smaruję nim siebie i córkę, u nas obu sprawdza się fantastycznie, przynosi ulgę suchej skórze, wygładza ją i regeneruje. Taki Must Have do wypróbowania dla każdego.
Clinique High Impact Mascara pojawiła się już w przeciągu tych kilku lat na blogu, ale ostatnio wróciłam do niej i naprawdę muszę to napisać, to jest najlepsza mascara na rynku dla moich rzęs. Klasyczna szczoteczka z gęstym włosiem wspaniale rozczesuje rzęsy, rozdzielając je dokładnie tworząc mega objętość, a dwie warstwy cudownie rzęsy wydłużają. Przy tym jest trwała, dobrze się zmywa i nie podrażnia moich wrażliwych oczu. Jeżeli jeszcze jej nie znacie, a szukacie naprawdę fajnej, klasycznej mascary, która nie poskleja Wam rzęs i nie da przerysowanego, teatralnego efektu, to koniecznie zapoznajcie się właśnie z High Impact.
Pat&Rub BB Krem to właśnie ta perełka, o której wspomniałam na początku tego wpisu. Po kilku latach Pat&Rub wraca w nowej odsłonie i muszę powiedzieć, że bardzo do mnie przemawia, w tej chwili w łazience mam kilka kosmetyków od nich, każdy sprawdza się rewelacyjnie i na pewno będę próbowała kolejnych, do wielu wrócę. Ale ten krem BB to jest po prostu sztos! To jest hit, to jest cudo i to jest Must Have! Występuje w trzech kolorach, ja mam kolor pośredni, czyli numer 2 średni beż. Nie jest najjaśniejszy, więc jeśli macie jasną karnację, polecam sięgnąć po numer 1. Sam krem BB polecała mi moja kuzynka, która ma cerę mieszaną i która jest zachwycona nim tak, jak ja teraz. Wzięłam więc od niej na początek próbkę i przepadłam. Na mojej suchej cerze spisuje się równie rewelacyjnie, jak na jej mieszanej, świadczy to o tym, że powinien być dobry dla każdego typu cery. Mimo, iż skład jest bogaty, w pełni naturalny i obfituje w regenerujące składniki, przy mojej bardzo suchej skórze nakładam pod niego krem (tej samej marki, wspominałam o nim w poprzednim wpisie). Ten BB na cerze wygląda jak najlepszy podkład, ale nie obciąża przy tym cery, nie przesusza jej, za to trwa na buzi cały dzień! Kryje niedoskonałości w dość dobrym stopniu, wspaniale ujednolica cerę, sprawia, że jest świeża i promienna. Ogromnym atutem jest SPF 20 w składzie! Jeżeli nie jesteście fankami podkładów, a szukacie dobrej i naturalnej alternatywy na co dzień, bardzo Wam go polecam, myślę, że nikt się nie zawiedzie!
Jeżeli macie pytania o którykolwiek z kosmetyków, o których wspomniałam dziś, piszcie w komentarzach lub wiadomościach, postaram się na wszystkie odpowiedzieć. A może już znacie któryś z dzisiejszych produktów i też chcecie podzielić się opinią na ich temat?
17 lipca 2019
Ulubieńcy kosmetyczni ostatnich tygodni
Postanowiłam dziś odkurzyć bloga, a wszystko to dzięki mojej koleżance z blogosfery, Iwonie, która przypomniała mi początki mojego blogowania i dlaczego to miejsce powstało. I mimo to, iż ostatnio faktycznie blog został przeze mnie zaniedbany, bo jednak praca, codzienne życie i obowiązki wzięły górę, to często powraca do mnie chęć, aby jednak przygotować dla Was i dla siebie nowy wpis, bo sama wracam często do moich ulubionych blogów, którym ufam, które lubię i sprawdzam co w trawie piszczy. Wiem, że kilka osób czeka na moje wpisy, więc chętnie wracam i myślę o tym, aby blog poszerzyć o kilka innych tematów, nie tylko kosmetycznych, bo w tym temacie w ostatnim czasie panuje u mnie zdecydowanie minimalizm. Nie kumuluję kosmetyków, nie stosuję czterech balsamów do ciała w tym samym czasie, pod moim prysznicem nie stoi stos scrubów, tylko jeden. Ale staram się, aby kosmetyki, które stosuję w tym momencie, były przemyślane, dobrane do mojej cery i głównie z dobrym, naturalnym składem. O ile się oczywiście da. To co, poczytacie?
Zacznę od włosów, bo odkąd skróciłam dość mocno włosy, jeszcze bardziej przykładam wagę do tego, co na nich ląduje i w jakiej kondycji są. Moje włosy są z natury dość delikatne, cienkie, szybko się przetłuszczają i zdecydowanie brakuje im objętości, więc wybierając kolejny szampon kieruję się głównie opisem VOLUME. Tak było i tym razem, kiedy zdecydowałam się pierwszy raz przetestować szwedzką markę naturalnych, wegańskich kosmetyków do włosów REF. Od razu zdradzę, że jest to jeden z najlepszych szamponów jakich w życiu używałam, a od swojego zapachu mnie uzależnił, ale może po kolei. Zacznijmy od tego, że wszystkie szampony marki REF są wolne od siarczanów i silnych substancji oczyszczających. W szamponie znajdziemy m.in. wzmacniające białko quinoa, odpowiedzialne za wzmocnienie i regenerację włosów, organiczny cytrusowy olej paradisi, który wydobywany jest z pestek grejfruta i odpowiada za oczyszczenie, działa przeciwstarzeniowo i przeciw zapalnie, a także wspomaga rozczesywanie włosów, oraz olej z bergamotki, który wycisza skórę głowy, łagodzi podrażnienia i poprawia mikrocyrkulację. Szampon ma żelową , lekką konsystencję bez żadnego koloru, malutka ilość wystarcza, aby dobrze się spienił i genialnie oczyścił włosy, które po jego zastosowaniu faktycznie bardzo dobrze się rozczesują (nie używam odżywki), są lekkie, puszyste, podatne na układanie i naprawdę długo pozostają świeże. No i wspomniany zapach, który jest nie do opisania, ale uwierzcie mi na słowo, że pachnie bajkowo i mało tego, utrzymuje się na włosach ekstremalnie długo. Chyba jeszcze nigdy nie miałam szamponu, którego zapach tak długo czuć na włosach. Zdecydowanie mam ochotę na przetestowanie więcej kosmetyków tej firmy, bo wybór jest spory, a jeśli i Wy szukacie nowego, naturalnego szamponu do włosów, ogromnie Wam tą markę polecam.
Zostając przy temacie ciała, to zwłaszcza latem staram się nawilżać całe ciało dwa razy dziennie, bo słońce, częste prysznice, czy kąpiele w morzu dodatkowo wysuszają moją już z natury suchą skórę. Na co dzień stosuję głównie lekkie balsamy, które mimo nawilżenia dobrze się wchłaniają, ale kilka razy w tygodniu, wieczorem, nakładam na ciało coś bardziej odżywczego i natłuszczającego. W tym momencie jest to masło polskiej marki produkującej naturalne i organiczne kosmetyki MOKOSH, z serii Icon. Odżywcze i regenerujące masło z tymiankiem i wanilią to bardzo bogata konsystencja bazująca na maśle shea, wzbogaconym olejem z zielonej kawy, macadamia jojoba. Dodatkowo w składzie jest bardzo dużo aktywnych, botanicznych ekstraktów co sprawia, że bardzo silnie nawilża ciało, wygładza je i ujędrnia. Jest bardzo wydajne, odrobina wystarczy na sporą partię ciała, bardzo fajnie się rozprowadza i mimo iż jest bogate i zostawia ochronną warstwę na ciele, to nie maże się i nie brudzi ciuchów. Pachnie dość orientalnie, ciekawie, ale nie jest to zapach przytłaczający, choć dla osób o bardzo wrażliwych nosach polecam najpierw poprosić o próbkę produktu. Ja jestem bardzo na tak.
Moja cera po ciąży pozostawia nadal wiele do życzenia i nie jest już tak nieskazitelna jak była przed nią, ale staram się o nią dbać i w tej chwili nie jest najgorzej. Prócz kremu staram się stosować też serum czy esencje i w ostatnim czasie jest to energetyzująca i odmładzająca esencja od polskiej marki Resibo. Jest to antyoksydacyjna esencja, która polecana jest do każdego rodzaju cery i działać ma na skórę regenerująco, przeciwstarzeniowo, rozświetlająco i nawilżająco. I w każdej z tej roli spisuje się naprawdę dobrze, choć przy mojej skórze suchej zdecydowanie wymaga nałożenia na nią kremu, o którym za chwilę. Konsystencja tego produktu jest bardzo lekka, żelowa, jest bardzo wydajna i szybko wchłania się co pozwala praktycznie natychmiast nałożyć na nią krem. Lubię ją, wygładza cerę, wspomaga nawilżenie, nie zapycha i nie powoduje u mnie żadnych reakcji alergicznych czy powstawania wyprysków. Bardzo fajnie pachnie, dla mnie to ogromna zaleta!
Zaraz po nałożeniu na twarz esencji Resibo, przechodzę do nakładania kremu na dzień i w ostatnich tygodniach jest to krem na dzień z linii Face firmy Pat&Rub. I o ile zupełnie nie rozumiem opakowania tego kremu (dlaczego marka nie pakuje w szkło?) o tyle krem jest świetny. Poleciła mi go moja kuzynka, po zakupie przekonałam się skąd tyle jej zachwytów nad nim. Krem przeznaczony jest do każdego rodzaju cery i faktycznie, moja kuzynka ma cerę mieszaną, a ja suchą i u obu z nas krem sprawdza się super, choć moim zdaniem konsystencji jakiejś specjalnie lekkiej nie ma. Szybko się wchłania, bardzo dobrze nawilża cerę przez cały dzień, sprawia, że jest wygładzona i zregenerowana. Bardzo dobrze współgra z makijażem. Kolejny fajny kosmetyk godny wypróbowania, a do firmy apel o lepsze jakościowo opakowania, które będą też przyjazne dla środowiska.
W ostatnim czasie odkryłam też genialny sztyft pielęgnujący do ust, który stosować mogą nawet dzieci i kobiety w ciąży! Mowa tu o pomadce ochronnej firmy ALMA. Bogata w same naturalne, oragniczne składniki, głównie oleje, bardzo silnie regeneruje skórę warg, nawilża ją, natłuszcza i koi. Pachnie bardzo ładnie, delikatnie, trochę ziołowo. Jest bardzo wydajna! Nadaje się nawet dla kobiet w ciąży, bo jej skład jest sprawdzony i bezpieczny. Dodatkowo przystępna cena sprawia, że jest silnym kandydatem do pomadki ochronnej numer jeden.
Na koniec smaczek od rodzimej firmy Fridge, ich naturalny rozświetlacz w kremie. Co to jest za cudo! Obłędnie lekka, kremowa konsystencja, którą smaruje się po dłoniach nawet moja córeczka;) Pachnie różą i tak cudownie wtapia się w cerę, że ma się ochotę na ciągłą jego aplikację. Niech Was to jednak nie zwiedzie, bo produkt jest bardzo wydajny i wystarczy odrobinka, aby uzyskać na skórze naturalny blask, bez zbędnych drobinek czy brokatu. Nakładać można go na twarz i szczyty kości policzkowych, na obojczyki czy wybrane partie ciała. Najlepszy rozświetlacz jaki do tej pory stosowałam, bez dwóch zdań! Szklany słoiczek jest dodatkowym plusem.
I to wszystkie kosmetyki, które w ostatnim czasie naprawdę dobrze się u mnie sprawdzają i które z czystym sumieniem mogę polecić dalej.
Jeżeli jeszcze ich nie znacie, szczerze zachęcam do wypróbowania! Mam nadzieję, że do szybkiego napisania:)
22 lutego 2019
Ulubieńcy lutego 2018
Oj, cieszę się, że najpierw styczeń, a teraz luty dobiega końca, jakiś ciężki ten początek roku dla nas, wirusy nas nie oszczędzają. Ale do przodu, dłuższe dni, więcej słońca za oknem i już czuć, że wiosna jest za rogiem i zbliża się naprawdę dużymi krokami. Dziś mam dla Was ulubieńców miesiąca w nowej odsłonie, bo nie tylko pokażę Wam kosmetyki, które świetnie sprawdzały się mi w lutym, ale także inne rzeczy, które umiliły ten krótki miesiąc. Dajcie znać, czy taka forma Wam odpowiada i chcecie częściej poczytać o polecanych rzeczach nie tylko z działu beauty!
1. Cztery Szpaki Naturalny Dezodorant w Kremie to całkowita nowość w mojej pielęgnacji. Ten w pełni naturalny dezodorant w kremie polskiej firmy zbierał tyle pozytywnych słów i opinii w internecie, że musiałam go w końcu wypróbować, a że od długiego już czasu szukałam naturalnego, ale co najważniejsze, skutecznego dezodorantu, zdecydowałam się dać mu w końcu szansę. Nie zawiodłam się! Delikatny, mimo glinki w składzie nie uczulił mnie, nie podrażnił skóry, Łatwy w aplikacji, wydajny i jak się okazało, naprawdę skuteczny! Chroni przed przykrym zapachem oraz nadmierną potliwością, nie brudzi ciuchów, zapakowany jest w szklany słoiczek, a cena jest naprawdę przystępna! Jedynym minusem dla mnie jest zapach-wybrałam wersję ziołowo-cytrusową, następnym razem kupię wersję bezzapachową. Nie do końca mnie te tony przekonują. Natomiast sam produkt jest genialny, więc jeżeli szukacie czegoś w pełni naturalnego, ale skutecznego, to warto!
2. O!mega Bronze Coconut w kolorze TanTastic by Marc Jacobs to limitowana wersja kultowego już bronzera Omega. Podobnie jak w klasycznej wersji, bronzer zapakowany jest w minimalistyczne opakowanie (tu w kolorze białym), rozmiar również jak w podstawowej wersji -spory, co sprzyja bardzo wygodnej aplikacji. A więc czym różni się wersja Coconut od klasycznej Tantric? Kolor jest delikatniejszy, będzie pasował nawet najjaśniejszej karnacji, czy pozimowej bladej cerze:) Do tego bronzer delikatnie pachnie kokosem. Bardzo przyzwoity bronzer, nie tworzy smug, odcień jest naprawdę neutralny i tworzy bardzo naturalny efekt zdrowej, muśniętej słońcem cery.
3. Pure by Clochee Nocna Regenerująca Maska/Krem to kolejna nowość, która dołączyła w lutym do mojej pielęgnacji. Pure by Clochee to nowa marka, która na rynek weszła właśnie w lutym i jest dostępna na wyłączność w drogeriach Hebe. Dzięki uprzejmości marki, dostałam w dniu premiery paczkę z kilkoma ich kosmetykami do przetestowania i choć wszystkie sprawdzają się u mnie naprawdę dobrze i pewnie jeszcze pojawią się na blogu, to właśnie Regenerująca Nocna Maska stała się moim ogromnym ulubieńcem. Treściwa, ale nie obciąża skóry, może być stosowana codziennie i tak też ją stosuję. Nakładam wieczorem grubszą warstwą, a rano budzę się z gładką, nawilżoną, zregenerowaną skórą! Maseczka w składzie ma samą naturę, między innymi olejek malinowy oraz masło shea, cudownie pachnie, ma przyjemną, otulającą konsystencję. Nie zapchała mojej cery, nie podrażniła jej. Wręcz przeciwnie! Łagodzi uczucie ściągnięcia skóry, koi ją, sprawia, że cera dłużej pozostaje nawilżona. Ogromny plus dla marki za dobrą dostępność i cenę!
4. Phenome Warming Body Butter to taki kosmetyk-luksus. Luksus konsystencji, która jest bogata w naturalne składniki i wody roślinne, luksus dużego opakowania, które daje uczucie wiecznego otulenia oraz luksus zapachu...ach, co to jest za zapach! Masło z nazwy jest rozgrzewające, ale dla mnie to taki produkt całoroczny, osobiście go uwielbiam, a moja sucha skóra dosłownie go pije. Phenome bez dwóch zdań tworzy jedne z najlepszych kosmetyków na naszym rodzimym rynku, bardzo polecam!
5. Aquarium w Berlinie odwiedziliśmy właśnie w lutym i zwłaszcza pod kątem dzieci, bardzo polecamy, jeżeli macie możliwość, aby to miejsce zobaczyć! Ryby, rekiny, meduzy, koniki morskie, ośmiornice, żółwie i wiele innych żyjących na dnach oceanu zwierząt w jednym miejscu. Kolorowe, ogromne akwaria, w których z bliska można zobaczyć najbardziej wyszukane gatunki. Nam, jako dorosłym podobało się bardzo, ale tak jak wspomniałam, to właśnie Zoja miała największą frajdę z odwiedzin w berlińskim oceanarium. Zaraz obok znajduje się Zoo, ale to odwiedzimy latem.
6. "Jedyna historia" Julian Barnes, to książka, którą przeczytałam w lutym i która nie była pozycją optymistyczną, ale uderzającą i dającą do myślenia i skłaniającą do refleksji na pewno. On, lat 19, ona 48, mężatka z dwójką dzieci. Poznają się w klubie tenisowym i tak rozpoczyna się ich romans, który trwa wiele lat. Wszystko dzieje się w Wielkiej Brytanii w latach sześćdziesiątych. To opowieść nie tylko o miłości, ale o oddaniu, o bezradności, o nałogu i o jedynej historii życia, którą każdy ma do opowiedzenia. Bardzo warta uwagi, zapadająca w pamięć.
I to wszyscy moi ulubieńcy lutego. A co trafiło na Waszą listę ulubionych rzeczy w kończącym się już miesiącu?:)
31 stycznia 2019
Ulubieńcy kosmetyczni: Styczeń 2019
Styczeń dopiero się kończy, ale zupełnie nie miałam problemu z tym, aby wybrać kosmetyki do dzisiejszego wpisu. Po prostu genialne, każdy jeden! Cztery nowe i jeden, stary ulubieniec. Chodźcie poczytać!
PHENOME VOLUMIZING SZAMPON I ODŻYWKA
Lekki, żelowy szampon, łagodny nawet dla najwrażliwszej skóry głowy (patrz ja), który mimo braku SLS w składzie idealnie oczyści włosy, sprawiając, że będą lekkie, puszyste i sypkie, do tego nada im objętości i sprawi, że będą świeże na dłużej? To własnie szampon z serii Volumizing naszej polskiej firmy Phenome. Do tego w składzie sama natura! Nowością w tej serii w szeregach marki, jest ich odżywka, która doskonale uzupełnia szampon. Mega lekka, nie obciąży nawet tych najcieńszych włosów, cudownie pachnie, niweluje puszenie i elektryzowanie się włosów, co jak wiemy zimą jest zmorą wielu osób. Do tego naturalne, aktywne składniki takie jak wyciąg z korzenia żeń-szenia, ekstrakt z kłącza irysa, ekstrakty z liści winorośli, owoców noni, wyciąg z owoców goji oraz proteiny z owsa, pszenicy i miodu sprawiają, że włosy są lekkie, miękkie, gładkie i zdrowo wyglądające.
CHANEL VITALUMIERE AQUA
Witaj stary przyjacielu! Z początkiem sierpnia, kiedy moja skóra była jeszcze "odżywiona" słońcem zdecydowałam, że zrobię sobie przerwę od podkładów. Szło mi świetnie (w tym czasie na specjalne okazje towarzyszył mi sypki, transparentny puder także marki Chanel), do momentu, kiedy skóra z końcem roku znowu przybrała szary, zimowy odcień, a mróz sprawił, że potrzebna była jej jeszcze jedna, ochronna warstwa. Wróciłam więc do starego ulubieńca, który po prostu nigdy nie zawodzi! Idealnie lekki, niewyczuwalny na skórze ani trochę, pięknie stapia się z cerą dając efekt naturalnej, wypoczętej cery. Do tego wcale nie przesusza mojej z natury już suchej cery. No ideał! Posiadam zawsze, niezależnie od pory roku kolor 03.
NUXE MICELARNY OLEJEK DO DEMAKIJAŻU
Ależ to jest genialny produkt! Nie wymaga wycierania muślinową ściereczką (nie lubię!), można zmyć go samą wodą bez obawy, że zostawi na twarzy tłustą powłokę, cudownie, acz ultra delikatnie pachnie różą i geranium, jest bardzo łagodny i nie podrażnia cery, nie przesusza i nie daje uczucia ściągnięcia. Wystarczy ogrzać go w dłoniach, nałożyć i rozmasować na suchej twarzy i oczach(!) a następnie spłukać ciepłą wodą. Uwaga, bardzo skuteczny i wydajny!
MESOESTETIC ENERGY C KREM DO TWARZY I POD OCZY
Mesoestetic to hiszpańska firma, specjalizująca się w medycynie estetycznej. Firma, stosowana w gabinetach kosmetologicznych i gabinetach medycyny estetycznej, opracowała szereg produktów najwyższej jakości potwierdzonej badaniami klinicznymi. Jako, że wiek zobowiązuje, a moja skóra ewidentnie potrzebowała zastrzyku energii, zdecydowałam się na krem do twarzy oraz pod oczy z linii Energy C. To intensywnie rozświetlający duet z wysokim stężeniem witaminy C, który walczy z pierwszymi oznakami starzenia skóry, przywraca jej blask i zdrowy wygląd, redukuje przebarwienia, delikatnie napina, wygładza drobne bruzdy i nierówności na skórze. Do tego wspaniale nawilża, mimo, że polecany jest do każdego typu cery, nie obciąża jej i nie przetłuszcza. Co to jest za krem! Skóra po nim jest gładka, nawilżona, drobne niedoskonałości szybko są niwelowane, do tego witamina E oraz Osilift pozyskany z owsa (polisacharydy) idealnie zdaje się walczyć z fotostarzeniem się skóry, utratą jędrności czy zmarszczkami. Stosuję ten duet rano i wieczorem od prawie dwóch miesięcy i widzę zdecydowaną poprawę w "jakości" mojej skóry, oj ciężko będzie mi się z nim rozstać:)
A co trafiło na Waszą listę ulubieńców stycznia? Jestem ogromnie ciekawa!
21 stycznia 2019
Plastik a kosmetyki. Jak wprowadzić pielęgnację w duchu eko.
Kupuję chleb w znanej, szczecińskiej sieci piekarni. Za mną długa kolejka. Widzę, jak pani ekspedientka pakuje mój bochenek do plastikowej torebki, więc proszę ją, aby zamiast do tej foliowej, włożyła chleb do papierowej, w końcu leżą takowe przy kasie. Patrzy na mnie z dezaprobatą i niezadowolona przekłada pieczywo do papieru. Z dziwnym oburzeniem przyglądają mi się też ludzie stojący za mną, jakby moja prośba była co najmniej niestosowna i szokująca. No właśnie. Bo przecież oni codziennie pakują ten chleb do tych foliowych woreczków, a ludzie codziennie zabierają te woreczki do domu, nie widzą w tym nic dziwnego, tak już jest, tak już widocznie musi być. Czyżby?
W ostatnich 12 miesiącach temat plastiku nie schodzi z tapety, a sam plastik stał się materiałem wręcz przeklętym. Skala zanieczyszczenia oceanów rośnie z dnia na dzień. Rocznie w naszych oceanach kończy 8 milionów ton plastiku, podczas gdy jego produkcja stale rośnie, szacuje się, że w ciągu najbliższych 10 lat wzrośnie aż o 40%. Tylko my, konsumenci, możemy zapobiec tej zabójczej lawinie, poprzez ograniczenie plastiku w naszym życiu codziennym. Ale czy jest to w ogóle możliwe? Szykując się do napisania tego posta, szukając i przeglądając literaturę, artykuły i przeczesując internet, zaczęłam przede wszystkim zwracać uwagę na to, co jest wokół mnie, co otacza mnie na co dzień i stwierdzam, że plastik jest po prostu wszechobecny, Naprawdę, to niekończąca się historia. Jeszcze jakiś czas temu sama byłam bierna w tym temacie, tak jak moi znajomi i bliscy. Przyznaję, nie zdawałam sobie zupełnie sprawy z tego, jak bardzo ta plastikowa skala zanieczyszczeń wpływa na nasze środowisko. Bo przecież niby każdy wiedział, że globalne ocieplenie, że segregacja śmieci i w ogóle jakoś tak fajniej wybierać produkty eko i bio. Ale wszyscy żyliśmy w pewnej ułudzie, w zupełnej niewiedzy i co tu dużo mówić, ignorancji. Bo przecież to, że ja zrezygnuję z plastikowej słomki czy kolejnej jednorazówki w markecie, nie poprawi sytuacji planety, nie zmieni świata. Cóż, jak bardzo można się pomylić. Bo przecież właśnie od takich małych kroków, od każdej, jednej osoby, ta cała poprawa i lepszy byt w tej chwili zależy.
Aktualne informacje donoszą, że poprzez zanieczyszczenie w oceanach, wyginąć może aż 700 gatunków zwierząt tam żyjących. Z powodu zranień przez plastikowe śmieci, śmierci głodowej, uduszeniu bądź zaplątaniu w plastikowe sieci. Zagrożone są ptaki, żółwie i ssaki.
Szacuje się, że rocznie na świecie używa się 500 bilionów (!) jednorazowych torebek foliowych, to praktycznie trochę ponad jedna torba na minutę, ale przecież każdy z nas wie, że nazwa jednorazowa nie wzięła się znikąd, w końcu zwykle żywot takiej foliowej reklamówki, woreczka to ok. 15 minut!
Ale to nie tylko te niechlubne jednorazówki odpowiedzialne są za zagładę naszego środowiska. W większości są to kosmetyki oraz środki codziennego użytku w naszych gospodarstwach domowych. Inwazyjne środki czystości, niesegregowane śmieci, używanie gąbek do mycia naczyń, które są jednym z najdłużej rozkładająych się odpadów, plastikowe słomki czy sztućce i kubeczki w sezonie grillowym, butelkowana woda i napoje, plastikowe zabawki naszych dzieci, ubrania z poliestru, kupowanie paczkowanych na plastikowych tackach serów, wędlin czy owoców i warzyw w plastikowych pojemnikach, ryże i kasze w foliowych woreczkach, mleko w plastikowych butelkach, płyny do mycia naczyń, podłóg czy okien, mydła w płynie, żele pod prysznic w plastikowych butelkach, szampony, plastikowe szczoteczki do zębów i tubki past, pakowane do tego jeszcze w dodatkowy karton. Kurcze, sporo tego prawda? Gdyby człowiek miał ze wszystkiego zrezygnować, co by mu zostało? Wydaje się to po prostu niemożliwe! Ale! Małe kroczki, redukcja, tyle przecież możemy zrobić? A na rynku nie brakuje firm, pojawia się też sporo nowych, które proponują nam przyjazne dla środowiska zamienniki. Opakowanie z plastiku pozyskanego drogą recyklingu? Proszę bardzo! Jako blogerka korzystam z wielu kosmetyków. Wybierając proponowane mi współprace, staram się kierować mądrze i odpowiedzialnie. Czy korzystam tylko z eko produktów? Czy u mnie w domu nie ma plastiku? Czy używam tylko naturalnych kosmetyków? Niestety nie. Ale staram się nad tym pracować i małymi kroczkami sprawiać, aby moja osoba miała choć trochę zbawienny wpływ na naszą planetę.
To od czego zacząć? Co zrobić, aby dołożyć swoją cegiełkę do poprawy sytuacji dla nas i naszych przyszłych pokoleń?
1. pasta do mycia twarzy- Iossi
2. błoto z morza martwego- Mokosh
3. delikatny szampon dla dzieci- Phenome
4. nawilżające masło z olejem kokosowym-IOSSI
5. ekspresowy scrub do dłoni-Phenome
6. intensywnie nawilżająca maseczka do twarzy-KOI
7. błyszczyk do ust-Nude by Nature
8. olej arganowy do paznokci-mokosh
9. bioaktywna odżywka do paznokci-Alba1913
10.drewniany grzebień-Ecco Verde
11.pomada do ciała z masłem kakaowym-Hagi
12.mydło w kostce z masłem shea-Friendly
13.mydło w kostce do brody i włosów-4szpaki
14.szczotka do ciała-Fridge
15. pasta do zębów w słoiczku-Georganics
16. delikatny migdałowy peeling do twarzy-Make me Bio
Wybierając kosmetyki, kieruję się głównie składem. Staram się wybierać te, które prawie w 100% składają się ze składników naturalnych, organicznych. Jeśli chodzi o pielęgnację, zwykle ograniczam się do rodzimych producentów, a jeśli śledzicie mojego bloga wiecie, że polski rynek obfituje w genialne, naturalne kosmetyki, które nie tylko są w przystępnej cenie, ale mają fenomenalne składy i jeszcze lepsze działanie. Przy okazji firmy te dbają o opakowania, zwykle kosmetyki ich pakowane są w szkło pochodzące z recyklingu, bądź też właśnie plastik, który również pozyskany jest taką samą metodą. Mam nadzieję, że co raz więcej firm zaoferuje nam system uzupełnień, jak np. polska marka Yope, która w Warszawie otworzyła swój pierwszy sklep stacjonarny, gdzie możecie przyjść z opakowaniem i uzupełnić mydło czy płyn do naczyń. Jedną z pierwszych firm ekologicznych i duchu zero waste w Polsce jest marka Phenome, którą darzę ogromnym zaufaniem, a ich kosmetyki służą mi od bardzo dawna. Wszystkie ich opakowania są w 100 procentach ekologiczne. Wybierajmy akcesoria naturalne, które są przyjazne nie tylko środowisku, ale też nam, naszemu organizmowi. Mydła w kostce wracają w końcu do łask, swojego czasu zepchnięte na drugi plan przez plastikowe, kuszące zapachami i kolorowymi obrazkami żele pod prysznic. Polska firma Ministerstwo Dobrego Mydła produkuje naturalne mydła w kostce, składające się głównie z olejków, które cudownie nawilżają skórę podczas mycia, a do tego pięknie pachną i wyglądają. W mojej łazience żele pod prysznic to już od długiego czasu rzadkość. W kostce można znaleźć też szampony czy odżywki! Gorzej z dostępem naturalnych kosmetyków do makijażu, ale i tu rynek zaczyna prężnie się rozwijać i już częściej kupić możemy coś naprawdę fajnego.
Ale w naszym życiu nie tylko kosmetyki są codzienną rutyną. Przecież tak samo często korzystamy z środków czystości, z żywności czy wody. Tutaj też warto zwrócić uwagę na temat plastiku i prób jego stopniowej redukcji.
Codziennie w drodze na uczelnię czy do pracy kupujesz kawę w jednorazowym kubku? Ok, nie każdy musi być baristą w swoim domu, ale skoro wybierasz taką drogę, może warto zainwestować w wielorazowy kubek? Praktycznie każda kawiarnia napełni go dla Ciebie bez żadnego problemu.
Zgodnie z zaleceniami stomatologów, szczoteczka do zębów powinna być wymieniana co 3 miesiące. Wyobraź sobie, że tych trzech miesięcy trzyma się prawie każdy, a higiena jamy ustnej to przecież podstawa każdego z nas. Marki fairmade oferują szczoteczki do zębów z bambusa, które są biodegradowalne. Patyczki do uszu to produkt, który gości chyba w każdym domu. Tu też można znaleźć alternatywę dla plastiku. Papierowe, z bawełną organiczną będą nam służyły równie dobrze. Zabranie ze sobą na zakupy torby z materiału, którą niejednokrotnie można złożyć i włożyć do torebki bądź kieszeni kurtki to żaden wysiłek, a w ostatnim czasie na rynku znaleźć można także wielorazowe, materiałowe woreczki na drobne zakupy, takie jak jedna czy dwie sztuki papryczki chilli, garść rodzynek, orzechów czy pomidorków. Takie woreczki można wyprać i używać do woli.
Od dwóch lat nie kupujemy w domu butelkowanej wody. Zainwestowaliśmy w dzbanek z filtrem i taką wodę pijemy całą rodziną. Zmartwienie, że woda do picia się skończyła oraz ilość plastikowych butelek gromadzonych tygodniowo nie jest już naszym problemem. To samo tyczy się mojej higieny osobistej, tampony zamieniłam na te z bawełny organicznej, bez chloru i innych szkodliwych dla kobiety substancji, na rynku od kilku lat dostępne są również wielorazowe kubeczki menstruacyjne. Wyboru i możliwości jest naprawdę wiele, wystarczy przejrzeć sklepowe półki. Przetrzymywanie sypkich produktów w wielorazowych szklanych słoikach, używanie naturalnych środków czystości do domu, nie kupowanie ubrań ze sztucznych materiałów, czy ograniczenie zabawek z plastiku, to kolejne kroki, które od dłuższego czasu już podjęte zostały w naszym domostwie. Tak jak wspominałam, małymi kroczkami.
1. woskowijki-Abeego
2. wielorazowa siatka z juty-siatka na 100 procent
3. bambusowa szczoteczka do zębów dla dzieci-mohani
4. butelka z filtrem-bobble
5. wielorazowy kubek szklany-keepcup
6. naturalny płyn do naczyń-yope
7. wielorazowe słomki bambusowe-the basic market
8. bio pasta orzechowa-ekogram
9. świeca sojowa-hagi
10.biodegradowalne patyczki higieniczne-hydrofil
11.wielorazowy składany kubek-stojo
12.waciki wielorazowe-soft moon
13. wielorazowa torba na zakupy-ecco verde
14.kubeczek menstruacyjny-organicup
15.zestaw woreczków wielorazowych-sakwa bag
16.bambusowy zestaw sztućców-bambu
17.dzbanek z filtrem-brita
To tylko garstka alternatywnych rozwiązań, myślę, że dla chcącego nic trudnego i każdy wybierze odpowiedni produkt dla siebie i obierze swoją drogę. Pytanie, które często się słyszy, to czy bycie eko jest tylko dla zamożnych? Dlaczego produkty eko, bio, oznaczone napisem organic są dużo droższe? Fakt jest taki, że takie produkty z reguły są bardziej kosztowne. Ale poczynając zwykle od surowców, produkcji czy drogi transportu, te produkty są bezpieczniejsze dla środowiska, dla nas. Po pierwsze każdy z nas powinien przyjrzeć się temu, co posiada. W naszych czasach konsumpcja jest ogromna, marnujemy tony jedzenia, wyrzucamy sterty ciuchów, a przecież kupując mniej, a lepiej, najpewniej wydamy podobną kwotę. W dobie olx, allegro czy pchlich targów, często możemy kupić coś ekstra z drugiej ręki. Tu chyba potrzebna jest indywidualna refleksja, zastanowienie się, co mogę realnie zrobić, aby kolejne pokolenia mogły cieszyć się naszą planetą, tak jak my mogliśmy cieszyć się nią do tej pory. Stopniowo, bądźmy lepsi dla siebie i naszej natury, trzeba wierzyć, że jeszcze uda się zatrzymać tą okropną machinę, która nieubłaganie nas niszczy.
1 października 2018
Ulubione kosmetyki lata, które sprawdzą się także jesienią
Pisząc ten post siedzę pod kocem, a gorąca kawa stoi obok na stoliku, jesień przyszła w tym roku tak nagle, kończąc lato, które przecież tak bardzo nas rozpieściło. Wakacje były dla mnie bardzo intensywne, pracowite, ale zdecydowanie mogę powiedzieć, że udane. Praca, praca i jeszcze raz praca, ale był też czas na chwilę odpoczynku, a koniec wakacji zwieńczony był przeprowadzką, która owszem, trochę dała w kość, ale końcowy efekt przyniósł mnóstwo zadowolenia i satysfakcji. Także w nowy sezon wchodzę pełna energii, z głową pełną pomysłów i planów na nadchodzące miesiące. A Was zapraszam na post z moją pielęgnacją wakacyjną, którą z powodzeniem kontynuuję już w jesiennym klimacie.
Kto z nas nie lubi wziąć orzeźwiającego prysznica w gorący dzień? (Jakże już tęsknię za latem!) A do tego prysznic cudownie pachnący cytrynową lemoniadą? Tak właśnie pachnie Orzeźwiający Olejek pod Prysznic naszej rodzimej marki Clochee, która nie dość, że jest z mojego rodzinnego Szczecina, to jeszcze tworzy kosmetyki w 100% naturalne, z najwyższej jakości składników. Nie inaczej jest w przypadku tego olejku, gęsty, konsystencją trochę przypomina lekki żel, cudownie napakowany olejem z migdałów i olejem z sezamu, bardzo delikatnie oczyszcza skórę pod prysznicem nie naruszając jej warstwy hydrolipidowej, delikatnie się pieni, w kontakcie z wodą zamienia się w aksamitną pianę, która dosłownie otula nasze ciało. Zapach tak mnie zaskoczył, piękny, pachnący cytrusami, ale też migdałem, słodkością, no musicie to poczuć na własnym ciele, obiecuję, że nie zawiedziecie się. Skóra po prysznicu nie jest ściągnięta, przesuszona, czy podrażniona. Wręcz przeciwnie-jest miękka, nawilżona, gładka, pachnie oczywiście niebiańsko. Kosmetyk ten będzie idealny na jesienny czas, kiedy zaczynamy nosić swetry, spodnie, a skóra zaczyna być nieprzyjemnie przesuszona. Zapach zdecydowanie będzie mi przypominał gorące dni i słońce!
Lato to wbrew pozorom ciężki czas dla włosów. Słońce, słona woda, częste związywanie bardzo je osłabiają i po lecie często są przesuszone i łamią się. Z pomocą przychodzi duet polskiej firmy BasicLab, która zajęła się produkcją kosmetyków tylko do włosów, stawiając na konkretne ich problemy i na konkretne cele.W wakacje miałam okazję używać duetu Capillas do włosów osłabionych, z tendencją do wypadania. Kosmetyki tej marki nie posiadają SLS, SLES, MiTu czy parabenów, za to przepełnione są składnikami naturalnymi, jak m.in. kofeina, żeńszeń, które sprawić mają, że nasze włosy będą gęste, lśniące i pełne życia. Przyznać muszę, że szampon jest genialny! Bardzo dobrze oczyszcza włosy, ale nie są one sztywne czy splątane, a lekkie, sypkie, odbite od nasady. Odżywka nie obciąża włosów, a dodaje im blasku i lekkości. Naturalne szampony będą idealne jesienią, aby przywrócić skórze głowy balans i ukojenie, a włosy wzmocnić i dodać im blasku.
Moja skóra jest bardzo sucha, wiem to nie od dziś, ale w tym roku płata mi ogromne figle i chyba już z wiekiem traci stopień nawilżenia totalnie, dlatego moje ukochane naturalne kremy nawilżające odstawiłam na rzecz sprawdzonego kosmetyku do zadań specjalnych, który zawsze ratuje moją skórę z opresji. Mowa o nawilżającym kremie do twarzy marki La Roche Posay Hydraphase. Krem przeznaczony jest do skóry suchej i bardzo suchej, alergicznej, podrażnionej, wrażliwej. Uwierzcie, radzi sobie z przesuszoną i podrażnioną skórą jak żaden inny! Natychmiast wygładza skórę i nawilża ją, koi, czy to po opalaniu, czy po zimnym, jesiennym wietrze. Utrzymuje ją nawilżoną przez wiele godzin, świetnie się wchłania, nie jest tłusty. Pachnie bardzo subtelnie, sprawdza się pod każdym makijażem. Zdecydowanie będę kontynuować pielęgnację z jego udziałem jesienią, kiedy to skóra wymaga specjalnej troski i ukojenia. Krem ten występuje w dwóch wersjach, lekkiej i bogatej. Posiadam tą drugą. Ogromnie polecam.
Bielenda w te wakacje zaskoczyła mnie chyba bardziej niż pogoda! Drogeryjna marka, dostępna w każdym Rossmannie, wypuściła serię Vegan, wypełnioną po brzegi naturalnymi składnikami. I tak kupiłam masło do ciała z tej serii, z masłem karite na głównym miejscu w spisie INCI. Jakże przyjemna konsystencja tego balsamu i jakże cudowny zapach, a także działanie! Super się wchłania, pozostawiając delikatną warstwę ochronną na ciele, wygładza skórę, regeneruje ją, uelastycznia. Zapach jest delikatne, bardzo przyjemny, przyjemna jest także cena tego kosmetyku, możemy go kupić za ok 16 zł! Latem ratował moją skórę po słonecznych kąpielach, jesienią będzie cudownie otulał ją swoim kojącym zapachem.
A jeśli o zapachach mowa, to moje ukochane Chanel mają konkurencję w postaci zapachu Yde2 polskiej marki Fridge! Perfumowana woda z nutą porzeczki, lukrecji, otulającego orzecha i kroplą słodkiej wanilii. Wszystko to sprawia, że zapach ten, lekki i przyjemny był nie tylko latem, ale jesienią będzie otulał jak sweter, tworząc woalkę z drzewa sandałowego i frezji. Cudowny zamiennik i coś wyjątkowego, jestem bardzo ciekawa innych zapachów tej polskiej firmy.
Jak widzicie letnia pielęgnacja nie musi być ograniczona tylko do jednego sezonu! Wszystkie kosmetyki bardzo Wam polecam i zachęcam, wypróbujcie je. To hity pod każdym względem (i sezonem;)
25 lipca 2018
Świeże kosmetyki i Lush Botanicals
Kosmetyki prosto z lodówki. Tak świeże, jak świeże może być jedzenie, które w niej przechowujemy. Bo właśnie tak odżywcze dla skóry mają być, mamy czerpać z nich to co najlepsze, a skóra dzięki nim ma odzyskać blask, nawilżenie i przede wszystkim ma oddychać. Dlaczego świeże? Bo są tworzone w tak zaprojektowanym procesie technologicznym, aby nie następowała utrata wartości odżywczych i energii roślinnej.
Nowa, rodzima nasza marka Lush Botanicals, zadbała właśnie o to, aby w produkcji nie podgrzewać do wysokich temperatur olejów, ekstraktów roślinnych czy hydrolatów, a jedynie minimalnie i krótko. To wszystko sprawia zachowanie cennego roślinnego dobra, które ma zrobić wiele dla skóry.
Przez prawie dwa miesiące miałam okazję testować trzy produkty marki Lush Botanicals, krem na noc Starlight, serum pod oczy Stardust oraz sok odświeżający, tonik, Juice in Motion.
Zacznę od toniku Juice in Motion, bo z tej trójki to mój ulubieniec. Wieczorem po demakijażu wspaniale koił skórę, rano, po umyciu twarzy pianką świetnie ją orzeźwiał i chłodził. Tonik bazuje na soku z aloesu, którego właściwości znane są od wieków. Cudownie koi, nawilża skórę, leczy ją. Do tego oleje, takie jak olej z pestek moreli, pestek arbuza i pestek winogron, oraz ekstrakty z pestek guarany, z owocu pomarańczy i pestek grejfruta, ze słodkiego migdała, z owocu winogrona i mleczka pszczelego. Sami przyznajcie, że kompozycja brzmi jak genialny i zdrowy koktaj, który można by wypić! A pije go nasza skóra, bo po przetarciu nim twarzy jest ona nawilżona, ukojona, gładka i odświeżona. Można się od niego uzależnić, zauważyłam, że w dni, gdy nie noszę makijażu sięgam po niego tak często, jak to możliwe, zwłaszcza w upały. Jeżeli szukacie dobrego, łagodnego toniku przeznaczonego do każdego typu cery, koniecznie go wypróbujcie, rewelacja!
Krem odżywczy na noc Starlight spisał się u mnie równie dobrze. Gęsty, treściwy, zdecydowanie dla skóry normalnej bądź suchej, bardzo silnie nawilża, odżywia i regeneruje. W składzie również same wspaniałości, bogactwo olejów, ekstraktów roślinnych i owocowych, witamin a także kwas hialuronowy, który robi tu świetną robotę. To idealny krem na noc, bogaty, otula zmęczoną cerę po całym dniu, koi ją i świetnie nawilża. Do tego zapach, cudowny, owocowy z nutą drzewa sandałowego, genialnie relaksuje. Dla mojej bardzo suchej skóry ten krem to świetna dawka, która dotleniła ją i zregenerowała. Krem nie zapchał mojej cery, nie spowodował podrażnień, nie uczulił. Za to wygładził ją do granic możliwości, a rano po umyciu nie była ściągnięta. Bardzo przyjemny kosmetyk dla osób ze skórą wymagającą, lubiących bogatsze konsystencje.
Ostatni kosmetyk tej firmy, który miałam przyjemność testować to serum pod oczy Stardust i dla mnie z tej całej trójki to chyba najsłabsze ogniwo. Sam kosmetyk, tak jak jego poprzednicy skład ma obłędny, nie ma się do czego przyczepić. Między innymi oleje z opuncji, pestek granatu, pestek kiwi, ektrakty z zielonej kawy i guarany, wielocząsteczkowy kwas hialuronowy. Wszystko byłoby super, gdyby nie konsystencja oraz dozowanie tego kosmetyku. Mimo, iż kosmetyk nazwany jest przez producenta serum, to jest to po prostu konsystencja bogatego kremu, dla mnie, mimo bardzo suchej skóry, chyba zbyt bogatej pod oczy. Choć winię za to trochę wydajność produktu przy samej aplikacji, ciężko jest wydozować minimalną ilość kosmetyku, porcja, którą serwuje nam aplikator, w moim odczuciu była za duża, połowa serum zostawała na dłoni, resztę wklepywałam w skórę pod oczami. Czasami zdarzało mi się odczuć, iż skóra była jakby obciążona. Sam kosmetyk zostawia delikatną warstwę ochronną na skórze, nie podrażnia skóry, nie uczulił mnie, choć oczy mam bardzo wrażliwe. Pięknie pachnie, jak wszystkie kosmetyki tej firmy, choć dodatek różowego lotosu sprawia, że zapach jest naprawdę wyjątkowy. Dla mnie, dzięki tak bogatej formuły, krem nadawał się raczej na noc, w ciągu dnia po prostu miałam wrażenie, iż był za ciężki.
Wszystkie kosmetyki Lush Botanicals pakowane są w specjalne, ciemne szkło Miron Violet Glass, które chroni kosmetyki przed światłem i pomaga zachować je świeższe na dłużej. Ważne są przez dwa i pół miesiąca od daty produkcji i oczywiście przechowujemy je tylko w lodówce. Jedno jest pewne, te kosmetyki są genialne latem, gdy skóra prócz bogatych składników odżywczych, jest przyjemnie schłodzona a aplikacji ich to sama ulga:)
Kosmetyki możecie kupić w sklepie online marki TU, w tej chwili na krem na noc Starlight jest promocja.
A jak Wy zapatrujecie się na świeże kosmetyki?:)
6 maja 2018
Najlepsze kosmetyki kwietnia
Prawie dwa miesiące przerwy, podyktowane premierą mojej marki lnianych ciuchów dla kobiet i dzieci. Jakże pracowite dwa miesiące i jakże satysfakcjonujące! Ci z Was, którzy śledzą mnie na Instagramie, pewnie są z G A J na bieżąco, Ci, którzy zaglądają tylko na bloga teraz mogą podejrzeć kolekcję na Instagramie TU, a wkrótce będę mogła zaprosić Was do sklepu online.
Wracając do kosmetyków, po dłuższej przerwie na blogu w mojej kosmetyczce trochę się pozmieniało, pojawiło się trochę nowości oraz kilka starych ulubieńców, których po przerwie genialnie było na nowo odkryć. Zerknijcie, co świetnie spisywało się u mnie w pierwsze dni wiosny, w kwietniu:)
Living Proof Perfect Hair Day nie jest nowością, ale powrotem po ponad rocznej przerwie. Stwierdzam, zdecydowanie, że jest to jeden z najlepszych szamponów i najlepiej działających na moje włosy. Myślę, że nie będę osamotniona w tym stwierdzeniu, wiem, że wiele z Was oraz moich koleżanek blogerek ma takie samo zdanie na jego temat. Marka Living Proof stworzona przez fryzjerów oraz aktorkę Jennifer Anniston w składzie nie posiada żadnych drażniących substancji, przeznaczona dla najbardziej wymagających odbiorców. Szampon z linii Perfect Hair Day przeznaczony jest dla każdego typu włosów, za zadanie ma sprawić, aby włosy były miękkie, błyszczące, lepiej się rozczesywały, aby były zregenerowane i...wolniej się przetłuszczały i na dłużej pozostawały czyste! Nie obciąża włosów, bardzo dobrze je oczyszcza, pięknie pachnie, a rezultat jest więcej niż świetny. Włosy są gładkie, sypkie, odbite od nasady, doskonale się układają, są po prostu zdrowsze. Faktycznie, ich świeżość jest przedłużona, jeden dzień zapasu to pewnik, który możemy przyjąć stosując ten kosmetyk. Do tego duża butelka, a szampon jest bardzo wydajny. Bardzo polecam. Możecie kupić go m.in. w sklepie pell.pl.
Phenome Warming All-Body Butter to nowość i ulubieniec w jednym. Ulubieniec-bo masła z polskiej marki Phenome uwielbiam i nie raz gościły już w mojej łazience, nowość-ponieważ tej serii rozgrzewającej jeszcze nie miałam. Jedno wiem, to nowy ulubieniec tej marki. Zapach oczarował mnie totalnie, wpisuje się kompletnie w moje klimaty, a samo masło jest idealne dla mojej suchej i wrażliwej skóry. Ciepła woń mandarynki i cukru, możecie to sobie wyobrazić? Do tego gładka, zregenerowana, elastyczna i nawilżona skóra przez cały dzień. Coś wspaniałego. Na zdjęciu widzicie mniejsze opakowanie, to wersja turystyczna tego masła, ja mam zamiar zaopatrzyć się w większe opakowanie jak tylko wykończę aktualną pielęgnację do ciała. Hit! Do kupienia w sklepach online, m.in. sklepie firmowym marki.
Hagi Naturalny Olejek do Ciała ze Złotymi Drobinkami to kolejna nowość w mojej kosmetyczce i ponownie, jakże to udany debiut! Hagi to polska firma produkująca naturalne kosmetyki. Olejki ze złotymi drobinkami to wiosną i latem mój Must Have, ale nie lubię gdy są tłuste lub gdy drobinki są grube i przesadnie widoczne na skórze. Do tej pory ulubieńcem w tej kategorii był olejek aptecznej firmy Nuxe, ale Hagi go przebił!! Po pierwsze konsystencja-to lekki żel! Po rozprowadzeniu go w dłoniach, zamienia się w suchy olejek, który po rozprowadzeniu na ciele bardzo szybko się wchłania, nie pozostawiając lepiej warstewki. Po drugie efekt! Delikatny i subtelny, to taka rozświetlająca poświata, która optycznie wysmukla ciało, sprawia, że zyskuje ładniejszy koloryt i jest przyjemnie nawilżona. Po trzecie zapach! No coś cudownego, po nałożeniu go na ciało poczujecie się jak na tropikalnej wyspie, moim zdaniem rewelacja. Wydajność jest również świetna, odrobina wystarczy, aby pokryć większą część ciała, więc spokojnie wystarczy na kilka tych ciepłych miesięcy, gdy można odkryć trochę ciała:)
Exuviance Hydrating Eye Complex to ostatnia już dziś nowość. Po tym jak wypróbowałam złuszczające płatki Bionic Tonic tej marki, postanowiłam wypróbować ich krem pod oczy. Nie żałuję, to drugi hit tej profesjonalnej firmy, który miałam okazję testować ( miałam także próbkę oczyszczającej maski do twarzy tej marki, zdecydowanie planuję zakup pełnowymiarowego opakowania!). Krem jest ultra delikatny, zupełnie nie podrażnia moich bardzo wrażliwych oczu i skóry wokół nich. Genialnie nawilża i wygładza delikatną skórę pod oczami oraz delikatne linie i zmarszczki. W składzie zawiera glukonolakton i kwas laktobionowy, które delikatnie złuszczają martwe komórki naskórka, rozjaśniają okolice oczu, wykazują idealne działanie przeciwzmarszczkowe. Pro-witamina A oraz witamina C genialnie nawilżają i poprawiają kondycję skóry. Kwas hialuronowy zapewnia odpowiedni stopień nawilżenia skóry, a dodatek ekstraktu z rumianku i nagietka oraz lukrecji wykazują działanie przeciwzapalne. Krem jest bardzo lekki, idealnie nadaje się pod makijaż, jest też bezzapachowy, dpowiedni nawet dla mega wrażliwców. Ogromnie polecam. Do kupienia w profesjonalnych gabinetach kosmetologicznych lub np. na stronie topestetic.pl.
I to wszyscy moi ulubieńcy minionego miesiąca. Mam nadzieję, że maj będzie równie udany jak jego poprzednik i uda mi się pisać tu dla Was częściej. Tymczasem czekam na Wasze opinie w komentarzach, czy znacie dziś opisane przeze mnie produkty, lub może macie ochote o którymś poczytać więcej? :)
Migawki marca i kwietnia
1. Pisanki w tym roku made by Zoja. 2. Mercredi. 3. LOVE. 4. Plac zabaw.
5. Think Pink. 6. Była też choroba. 7. I ciasto na pocieszenie. 8. Zoja czyta.
9.10. Botwinkowy sezon czas start. 11. Ojeju Kraków. 12. Streets.
13. Śniadania, ulubione. 14. Coffee time. 15. Najlepsze kremy od Alba1913. 16. Morning view.
17. Weekend! 18. Mrugała. 19. Kawa z Anią. 20. Ulubione.
21. Essentials. 22. Milky milk. 23. Wegański gulasz. 24. Szakszuka.
25. Śniadania vol. II. 26. Wegańskie flaki wg Jadłonomia, obłęd! 27. Chwile. 28. Warzywna dziewczyna.
29. Miss Z. 30. Spring. 31. Friends time. 32. Kraków.
15 marca 2018
Kosmetyk, który odmienił moją skórę - Exuviance SkinRise Bionic Tonic
Przychodzę dziś do Was z obiecanym postem, postem w sumie dla mnie dość wyjątkowym, bo wyjątkowy jest kosmetyk, o którym chcę Wam dziś napisać. Totalnie odmienił pielęgnację mojej skóry, pomógł pozbyć mi się problemów, z którymi borykała się moja skóra i śmię twierdzić, że będzie idealną pielęgnacją dla każdego. Jesteście ciekawi co to takiego?:)
Firma Exuviance jest profesjonalną marką kosmetyków, przeznaczonych do pielęgnacji w gabinetach kosmetologicznych oraz kosmetyczno-lekarskich. Sercem marki są innowacyjne i zaawansowane technologicznie składniki produktów, tzw. molekuły piękna Exuviance-o skuteczności potwierdzonej badaniami klinicznymi i chronione licznymi patentami. Kosmetyki Exuviance posiadają profesjonalne serie dopasowane do każdego typu cery z przeznaczeniem do zabiegów w gabinetach, oraz produkty, które możemy z powodzeniem stosować w domu, aby podtrzymać kurację profesjonalną i utrzymać jej efekty. Z takim właśnie kosmetykiem wyszłam z gabinetu zaprzyjaźnionej kosmetolog, która ręczyła swoją głową i cerą, że SkinRise Bionic Tonic pomoże mi uporać się z każdym problemem, który pojawia się na mojej skórze.
SkinRise Bionic Tonic to nic innego jak ultracienkie płatki nasączone specjalnym tonikiem Bionic Tonic. W szklanym słoiczku znajdziemy 36 sztuk płatków, ja stosuję je dwa razy w tygodniu. Płatki nasączone są naprawdę obficie, więc stosując jeden płatek wystarczy nam on, aby przetrzeć całą twarz, szyję oraz dekolt. Jeżeli chcemy stosować go tylko na obszar twarzy, z powodzeniem możemy jeden płatek przeciąć na pół, w ten sposób zdecydowanie kuracja wystarczy nam na dłużej. Powiecie teraz-e tam, pewnie kolejne złuszczające płatki, znam je z drogerii, pełno tego na rynku. Ale uwierzcie mi, że te płatki są naprawdę inne. Co świadczy o ich wyjątkowości? Skład. Na pierwszym miejscu znajdziemy glukonolatkton, czyli polihydroksykwasy. Słyszymy kwasy i już się boimy, wiemy, że nasza wrażliwa skóra źle reaguje na złuszczanie, jest podrażniona, zaczerwieniona. Ale uwaga! Polihydroksykwasy to takie "specjalne" kwasy, przeznaczone właśnie do skór bardzo wrażliwych, z rozszerzonymi naszynkami, ze skłonnością do rumienia, a nawet trądziku różowatego. Polihydroksykwasy działają kojąco, tonująco, łagodząco, złuszczanie mają ultradelikatne i właściwie to zadanie jest na końcu. Dodatkowo w składzie mamy kwas laktobionowy, witaminy A, C i E, arganinę, wyciągi z alg, ektrakty roślinne z mięty pieprzowej, eukaliptusa, ogórka, grejpfruta i zielonej herbaty. No dobrze, a jak działają te płatki i co ta kompozycja oznacza dla naszej cery? Płatkiem przecieram oczyszczoną skórę. Pierwsze co odczujemy po aplikacji to chłód i efekt odświeżenia na buzi, który utrzymuje się około 15 minut. Po tym też czasie nakładamy na twarz nasz regularny krem, serum, olejek na noc. Jeżeli borykamy się z nadreaktywną skórą, która charakteryzuje się rumieniem na zmianę temperatury, po podrażnieniu, czy w konsekwencji teleangiektazji bądź trądziku różowatego, mamy pewność, że Bionic Tonic natychmiast to wyciszy i ukoi, a rumień zniknie. Jeżeli borykamy się z rozszerzonymi porami, przy regularnym stosowaniu płatków możemy o nich zapomnieć i cieszyć się czystą skórą. Jeżeli często na Waszej cerze pojawiają się małe, czerwone krostki lub podskórne, bolące grudki, płatki rozprawią się z nimi i zapobiegną ich powstawaniu. Jak tylko na mojej skórze pojawia się pryszcz, boląca krostka, po zastosowaniu tego kosmetyku na drugi dzień nie ma po tym śladu! Matowa, szara, pozbawiona blasku cera? Z tym też Bionic Tonic rewelacyjnie sobie radzi, dzięki bardzo delikatnemu złuszczaniu. Jak już wspomniałam ja stosuję płatki dwa razy w tygodniu, możemy stosować je rzadziej, bądź częściej, w zależności od potrzeby skóry. Płatki bardzo przyjemnie pachną, w żaden sposób moja bardzo wrażliwa skóra nie reaguje na nie niekorzystnie, wręcz przeciwnie-pomaga mi z tą wrażliwością i totalnie koi moją cerę. Polihydroksykwasy przeznaczone są dla osób z bardzo wrażliwą cerą, więc jeżeli taką macie, docenicie ten kosmetyk, ale będzie idealny także dla osób ze skórą normalną, mieszaną, czy tłustą, mam wrażenie, że to taka magiczna różdżka działająca na każdy problem, który pojawia się na skórze.
A gdzie kupić i ile kosztuje Exuviance Skin Rise? Szukajcie w gabinetach kosmetycznych bądź w profesjonalnych sklepach internetowych, za słoiczek zapłacicie ok .130 zł, w słoiczku jest 36 sztuk płatków.
Gorąco Was zachęcam do wypróbowania tego kosmetyku, zwłaszcza, jeśli macie wrażliwą, suchą, nadreaktywną cerę, ale nie tylko. Ręczę, będziecie zachwyceni.














































