2 października 2014

September Beauty Favourites





























Muszę przyznać, że jestem przerażona. Przerażona tym, jak szybko czas leci i jak szybko dzień mija za dniem, a miesiąc za miesiącem. Wrzesień minął mi tak błyskawicznie, że patrząc dziś w kalendarz, musiałam dwa razy przetworzyć sobie w głowie to, że dziś jest drugi dzień października, nie dowierzając, jak to w ogóle jest możliwe, bo przecież dopiero było lato, dopiero leżałam na plaży korzystając ze słońca i kąpieli w morzu. Nie do wiary! Absolutnie.
Dziś zapraszam na moich ulubieńców września, skoro już naprawdę mamy początek października:)
W ubiegłym miesiącu praktycznie w ogóle się nie malowałam, z racji tego nie pojawiło się u mnie nic nowego z kolorówki i tylko jeden produkt do makijażu dziś chcę Wam pokazać, reszta miesiąca minęła pod znakiem pielęgnacji.

PIELĘGNACJA

Biovax i intensywnie regenerująca maska do włosów słabych, to mój sprawdzony hit od wielu lat. Przyznaję, że innych masek tej firmy nie miałam, to jedyna do której co jakiś czas wracam, ale nie szukam nic innego, bo ta jest po prostu sprawdzona. Wzbogacona o aloes, hennę i olejek ze słodkich migdałów, pomaga zregenerować włosy, a także zapobiega wypadaniu włosów i wzmacnia cebulki włosa. Po żadnej masce nie mam tak gęstych, zdrowych włosów, jako jedyna gwarantuje mi to, że nawet po wmasowaniu w skórę głowy, nie zostawi mojej czupryny oklapniętej czy obciążonej, systematycznie stosowana (w moim przypadku co 5 dni) poprawia kondycję i wygląd włosów i naprawdę działa wspomagająco przy problemie wypadania. Sprawdzona, po raz kolejny we wrześniu pokazała, że zawsze mogę na nią liczyć. Minusem dla mnie jest jej zapach, o ile w słoiku mi nie przeszkadza, na włosach utrzymuje się stanowczo za długo.

Tea Tree Creamy Wash The Body Shop kupiłam z myślą o porannym myciu twarzy, skuszona tym, że zawiera olejek z drzewa herbacianego oraz miętę i licząc na to, że co rano pomoże mi się rozbudzić. Wszystko się sprawdziło. Mimo to, iż krem jest przeznaczony raczej do skóry mieszanej, na mojej wrażliwej i suchej sprawdza się naprawdę nieźle. Nie podrażnia, nie przesusza, po zmyciu pozostawia na twarzy delikatny efekt chłodzący, co genialnie odświeża z rana, a zapach mięty idealnie pobudza. Z tej serii dostępna jest także wersja żelu myjącego, ale ten jest już przeznaczony do skór typowo przetłuszczających się, z trądzikiem. Polecam naprawdę każdemu, stawia na nogi!

Almond Body Butter The Body Shop to kolejna pozycja z TBS, która trafiła do mnie na koniec wakacji. Osobiście bardzo lubię masła tej firmy, więc po tym, jak powąchałam wersję migdałową, wiedziałam, że działaniem na pewno także przypadnie mi do gustu. Gęsta i treściwa konsystencja, pozostawia na ciele ochronną, wyczuwalną warstwę i mimo to, że masło przeznaczone jest do skóry normalnej i suchej, zdecydowanie bardziej sprawdzi się u osób z suchą skórą. Genialnie nawilża, regeneruje i uelastycznia ciało, zapach w tym przypadku jest dla mnie ogromnym atutem.Ja jestem na tak.

Take The Day Off Clinique wróciłam do niego po latach, za sprawą szumu, jaki ostatnio na jego temat powstał w blogosferze. Pamiętam, że kilka lat temu, gdy go kupowałam, stał na półkach tonami, nikt nie chciał tłustej mazi do demakijażu i nie wierzył na słowo, jak fantastyczny to produkt. Po przygodzie z mydłem do twarzy L'Occitane, wracam do Clinique i po raz kolejny utwierdzam się w przekonaniu, że to dobry wybór. Genialnie usuwa makijaż z twarzy i oczu (choć do oczu wolę używać wody micelarnej, Clinique zostawia po sobie mgłę), nie podrażnia nawet bardzo wrażliwej skóry, pod wpływem ciepła dłoni zamienia się w olejek, który pięknie rozpuszcza wszystko to, co chcemy po całym dniu usunąć. Bezzapachowy, wydajny i skuteczny. Jeśli ktokolwiek jeszcze po tych wszystkich recenzjach w internecie nie skusił się, aby go wypróbować, naprawdę do tego zachęcam.

MAKIJAŻ

Redness Solution Clinique to puder, bez którego, dosłownie, nie wyobrażam sobie teraz funkcjonować. Ponieważ moja skóra ma tendencje do zaczerwienień pod wpływem emocji, zmiany temperatury, czy po zjedzeniu super ostrych potraw, czasami w ciągu dnia potrzebuję czegoś co ją ukoi i zniweluje tą reakcję na mojej twarzy. Mineralny puder Clinique, o specjalnym przeznaczeniu właśnie do skóry nadreaktywnej idealnie sprawdza się w takich sytuacjach, nałożony bezpośrednio na pielęgnację lub na makijaż w ciągu dnia, natychmiastowo kryje wszystkie zaczerwienienia, jest bezzapachowy, niewidoczny na skórze, nie zapycha jej, wręcz działa leczniczo za sprawą swojego składu. Poświęcę mu osobną notkę na blogu, bo zdecydowanie jest o czym pisać. Mój hit.

To wszyscy moi ulubieńcy września. Jestem ciekawa, czy znacie te produkty i czy któryś w szczególności przykuł Waszą uwagę?






30 września 2014

Nice is Nice | Essie


Nie przepadam za fioletami na paznokciach, ale jest w mojej kolekcji jeden egzemplarz, dla którego robię wyjątek. Nice is Nice firmy Essie, to zgaszony, pastelowy fiolet, wymieszany z kroplą szarości, który teraz, w jesienną szarugę, idealnie wpisuje się w klimat i subtelnie ozdabia paznokcie. Kremowy, bez krzty drobinek, cudnie lśni i trwa nieprzetrwanie na paznokciach do pięciu dni. Do pełnego krycia potrzebne są dwie warstwy, ale aplikacja jest bezproblemowa, lakier nie smuży, nie ciągnie, a dostępna wersja z szerokim pędzelkiem zdecydowanie ułatwia jego nakładanie.

Co o nim sądzicie? Lubicie fiolety na paznokciach?

28 września 2014

Sunday | Bumble and Bumble




























Czy dzisiejszy dzień nie jest idealny na to, aby napisać aśnie o tym kosmetyku? Chyba zgodzicie się ze mną, że zdecydowanie tak. Niedzielny szampon firmy Bumble and Bumble to jeden z moich ulubionych i sprawdzonych kosmetyków, do których wracam od lat. Właśnie kilka dni temu przyjechała do mnie nowa butelka prosto z perfumerii Galilu, więc myślę, że to czas, aby w końcu wspomnieć o nim na blogu. A zdecydowanie warto, bo ten niedzielny, oczyszczający szampon jest jednym słowem genialny.

Nie wiem jak Wy, ale ja, mimo to, iż nie stosuję w tygodniu dużo kosmetyków do stylizacji włosów, raz w tygodniu mam ochotę oczyścić włosy i skórę głowy czymś specjalnie do tego przeznaczonym, czymś, co ściągnie i zmyje z głowy resztki ewentualnych produktów do stylizacji, oleje, odświeży włosy, sprawi, że są tak czyste, że aż skrzypią. Sunday właśnie tak działa. Gęsty i przezroczysty żel, który jest tak wydajny, że już przy pierwszym myciu świetnie się pieni i oczyszcza, wzbogacony jest o wyciąg z żeń-szenia, rozmarynu i szałwii, które działają gojąco, rewitalizująco, oczyszczająco i stymulująco na nasze włosy. Pachnie bardzo delikatnie i nienachalnie, dla mnie tak, jak linia Thickening z tej samej firmy, więc dla osób, które ją znają, wiecie o czym mówię. Cała ta mieszanka pomaga oczyścić włosy i pomóc nam rozpocząć cotygodniowy rytuał domowego SPA, bo nałożona na tak dobrze oczyszczone włosy maska, działa zdecydowanie lepiej. Włosy po umyciu są lekkie, odzyskują wigor, wszelkie osady, tłuszcz są usunięte, włosy są puszyste i zdecydowanie na dłużej zachowują swoją świeżość. Przetłuszczające się włosy go pokochają! Co jeszcze bardzo mi pasuje, to to, że szampon nie przesusza włosów i wiem, że nawet jeśli użyję go częściej niż raz w tygodniu, nie zrobi mi krzywdy. Niestety, nie jest on dla każdego. Włosy, które są traktowane chemią i świeżo po koloryzacji nie powinny mieć z nim do czynienia, co innego tuż przed koloryzacją, tu jest bardzo wskazany. Szampon nie jest tani, bo za butelkę musimy zapłacić 75 zł, ale pamiętajmy, żę jest to kosmetyk, którego używamy raz w tygodniu w niedzielę (lub też każdy inny dzień), a także, że jest bardzo gęsty i bardzo wydajny, więc myślę, żę warto w niego zainwestować, bo nasze włosy to poczują i będą czekały na każdą kolejną niedzielę.

Czy Wy też oczyszczacie włosy raz w tygodniu, czy raczej korzystacie cały czas z jednego szamponu? Znacie Sunday?

24 września 2014

Too Too Hot | Essie



























Czerwień na paznokciach to dla mnie klasyka, najlepiej jak jest strażacka i pięknie lśniąca, w żadnym wypadku z drobinkami. Mam do niej słabość i właściwie nie wiem dlaczego przez całe wakacje nie miałam jej ani razu na paznokciach (może dlatego, że zakochana bez pamięci byłam w bieli?), więc dzisiaj, jako, że czuję (i widzę za oknem) już pierwsze podrygi jesieni, a aura szara i posępna nadaje się tylko do tego, aby pod kocem zaszyć się z ulubionym serialem (Orange is The New Black, dlaczego czekałam tak długo, żeby Cię obejrzeć!), postanowiłam wpuścić trochę koloru do tego smutnego dnia i na paznokcie nałożyłam mój ostatni nabytek od Essie, czyli Too Too Hot. Kremowa czerwień kryje płytkę już po pierwszej warstwie, choć ja dla pełnej satysfakcji kładę dwie. Posiadam wersję z szerokim pędzelkiem, więc aplikacja tej idealnej konsystencji to bajka. Kolor spodoba się każdej fance czerwieni, a odcień pasuje zdecydowanie do każdej karnacji. Przypomina mi trochę moją ulubioną Fifth Avenue tego samego producenta, ale przecież każdy kolor od Essie jest inny i każdy okazuje się być niezbędny, kiedy stoimy wpatrzone w szafę z tymi lakierami:)

Znacie Too Too Hot? Czerwień u Was to klasyka, czy trzymacie ją na specjalne okazje?
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...