30 maja 2013

May Beauty Favourites


Maj się kończy, nie wiedząc czemu lata na horyzoncie nie widać. Deszcz, burza, wiatr, chmury, to krajobraz, który w ostatnim czasie ciągle widzę za oknem. Dziś rano obudziło mnie słońce, do południa było świetnie, ale pisząc ten tekst, siedzę już pod kocem z kubkiem gorącej kawy. Słońca już nie ma, jest za to ciemno. Lato, kiedy przyjdziesz?
 Nie jest to blog meteorologiczny, więc o pogodzie na tym zakończę swój wywód. Zapraszam na moich ulubieńców maja. 

PIELĘGNACJA 

Mask Regeneration Pat&Rub
Moje włosy ją uwielbiają. Skład jak to w kosmetykach P&R rewelacyjny, pełen naturalnych dobroci. Pasuje mi w niej wszystko, od sposobu aplikacji, po rezultaty. Nakładam ją przed myciem, co bardzo mi pasuje, bo po zmyciu jej i umyciu włosów szamponem, mam wrażenie domytej głowy, jeśli wiecie o co mi chodzi. Fantastycznie nawilża włosy, nabłyszcza je, włosy nie są obciążone, wręcz przeciwnie, zyskują na objętości, są puszyste. Jeśli jeszcze jej nie miałyście, serdecznie ją polecam.

Lierac Hydra-Body
Co do tego mleczka mam mieszane uczucia. Niby nie jest to najlepszy balsam do ciała jaki miałam, ale też nie do końca mam się do czego przyczepić. Dobrze mi służył cały miesiąc, zbliża się do dna. Wygodne opakowanie z pompką, lekka formuła,która natychmiast się wchłania i daje wrażenie, jakby mleczko nic ze skórą specjalnego nie robiło. A jednak po całym dniu ciało jest nadal fajnie nawilżone, gładkie i efekt utrzymuje się przy regularnym stosowaniu nawet po kąpieli. Jego największym atutem jest zapach, dla mnie super, słodki, miodowo-kwiatowy. Nie wiem czy do niego wrócę, zwłaszcza, że z zapasie mam kilka nowości, ale nie mówię nie.

Collistar Face Magic Drops
Samoopalacze i produkty brązujące uwielbiam, żyć bez nich nie potrafię, blada być nie znoszę, a jak wspominałam na początku tego wpisu, słońca i lata brak. Dlatego sięgam po tego typu kosmetyki często, a Collistar Face Magic Drops to mój zdecydowany ulubieniec, jeśli chodzi o samoopalacze do twarzy. Formuła jest rewelacyjna, konsystencja wodnista, pięknie się rozprowadza na twarzy, nie zostawia żadnych smug, zacieków czy innych plam. Szklane opakowanie z pipetą, która pomaga dozować tyle produktu, ile jest nam potrzebne, zawiera ciemny, bardzo wydajny produkt, odrobina wystarcza na pokrycie całej twarzy. Na skórze daje efekt jak po nałożeniu serum, twarz jest świetnie nawilżona, a zapach jest rewelacyjny i nie ma nic wspólnego z zapachem typowym dla samoopalacza. Opalenizna jest subtelna, bardzo naturalna, używanie go to po prostu czysta przyjemność. 



MAKIJAŻ

L'oreal Color Infaillible 016 Coconut Shake
Po tym jak mój ulubiony cień Sisley w kolorze Vanilla zakończył swój żywot, miałam wybrać się po nowe opakowanie do Sephory, ale pojawiła się opcja -40% w Rossmannie. Zdecydowałam się z niej skorzystać i kupiłam między innymi Coconut Shake firmy L'oreal. Powiem tylko tyle, że po cień Sisley już nie poszłam. Ten pudrowo-kremowy cień bardzo szybko stał się moim ulubieńcem, a kolor idealnie otwiera i rozświetla oko, kiedy tego potrzebujemy. Nie zbiera się w załamaniach powieki, trwa na niej cały dzień, nie ściera się. Dla mnie ideał.

High Impact Mascara Clinique
Za tuszami Clinique specjalnie nie przepadałam, mimo to, iż kolorówkę tej firmy bardzo lubię. Na urodziny kuzynka sprezentowała mi ich maskarę High Impact, której nie znałam i jestem bardzo mile zaskoczona. Klasyczna szczoteczka świetnie rozczesuje rzęsy, delikatnie je pogrubia i wydłuża, tusz trwa na rzęsach cały dzień, nie osypuje się i nie ściera. Efekt nie jest może powalający, ale naturalny i do codziennego makijażu idealny.

Le Prisme Givenchy
O pryzmach pisałam TU.
Od tego czasu nic się nie zmieniło, produktu używam codziennie, uwielbiam go. Jest bardzo wydajny, wygładza twarz, utrwala makijaż, odświeża cerę i nadaje jej zdrowego blasku, jednocześnie matując co trzeba. Dla mnie hit.

Hydra Life Skin Tint Dior 
 Mój ulubiony krem koloryzujący od lat. Wracam do niego bardzo często, zwłaszcza w okresach wiosenno-letnich. Idealnie wyrównuje cerę, kryje to, co trzeba, wygładza skórę, nawilża ją. Poświęcę mu na pewno osobną notkę, bo jest wart pokazania się:)




Jacy są Wasi ulubieńcy maja? Piszcie koniecznie w komentarzach, zawsze chętnie poczytam o nowościach i Waszych typach.


26 maja 2013

Snapshots of the Week 17

Jak Wam minął ten tydzień? U mnie zdecydowanie na wariackich papierach, zapraszam na mix:)

Pełnoziarniste spaghetti z pesto, moje comfort food.
 Świeżej lemoniady?:)
 Na śniadanie
 Tres Leches w szczecińskim "Niebie", jedno z najlepszych ciast jakie jadłam w życiu!
 Popołudniowa kawa w Starbucks
 Trochę prasy
 Sukienka na imprezę firmową
 Warzywa po marokańsku
 New In H&M
 Hip-Anema, I need a Vacation
 Próbkowanie z Aesop
 

22 maja 2013

19 maja 2013

Sunday Spa


Niedziela to dla mnie wolny dzień, dzień odpoczynku, czytania, oglądania seriali, dzień na robienie wszystkiego, na co akurat mam ochotę. Jest to też dzień domowego SPA, zazwyczaj po śniadaniu zamykam się w łazience i wykonuję wszelkie zabiegi na twarz, ciało i włosy, na które w tygodniu często nie mam czasu. Dziś chciałabym Wam pokazać główne rytuały, którymi w niedzielę nastrajam się na nowy tydzień i regeneruję po minionym:)


Pielęgnację zaczynam od włosów. Obecnie stosuję regenerującą maseczkę Pat&Rub do włosów suchych i zniszczonych. Maseczkę nakładam przed myciem włosów, zazwyczaj na wilgotne kosmyki. Bardzo lubię ten sposób aplikacji, maseczkę trzymam na włosach 20 minut, do tego czasu zajmuję się pozostałymi zabiegami. Maska jest rewelacyjna, dogłębnie odżywia włosy, koi skórę głowy, odkąd jej używam moje włosy są naprawdę w świetnej kondycji. 
Maskę zmywam szamponem do włosów brązowych również od P&R. W tygodniu myję włosy ich szamponem dodającym objętości, który nadal jest moim numerem 1, jednak w weekend chcę je trochę nawilżyć, wygładzić, a szampon do włosów brązowych im w tym pomaga. 

  
Następnie zabieram się za peelingowanie całego ciała. Obecnie, po kilku latach stosowania żurawinowego scrubu cukrowego Pat&Rub, używam scrubu tego samego producenta, ale z linii Home Spa. Peeling ten jest mieszanką soli i cukru, co przyczynia się do mocniejszego ścierania naskórka, co akurat bardzo mi odpowiada, jednak zapach nie do końca przypadł mi do gustu i po wykończeniu tego opakowania, raczej ponownie go nie kupię. Dekolt i biust traktuję moim ukochanym peelingiem specjalnie do tych części ciała przeznaczonym również od Pani Rusin. Jeśli jeszcze nie skusiłyście się na ten specyfik, gorąco go polecam, jest świetny, a jeśli chcecie zobaczyć jakie rezultaty przynosi ta pielęgnacja, odsyłam Was na bloga Szpilkowskiej. 

  
Kolejnym krokiem jest peelingowanie twarzy. Obecnie używam Multi-Active od Phenome, o którym pisałam TU.  


Po scrubie, nakładam na twarz maskę, w zależności od tego, na którą akurat mam ochotę, lub której moja cera potrzebuje. W tej chwili korzystam z trzech produktów, jest to detoksykująca, oczyszczająca maseczka REN, rozjaśniająca maseczka z dziekiej róży Korres, o której więcej możecie przeczytać tu KLIK
Nowością jest maseczka Phenome Blossom, która jest maseczką łagodzącą, kojącą i nawilżającą. Przeznaczona jest głownie do cery naczynkowej, jednak ja mam bardzo wrażliwą skórę i muszę przyznać, że póki co spisuje się po prostu rewelacyjnie.


Następnie wykonuję masaż stóp peelingiem Evree, o którym już na blogu wspominałam. Świetnie zmkiękcza skórę stóp, wygładza je i odświeża. Następnie nakładam krem do stóp Propodia z mocznikiem. Jest to mój ukochany krem do stóp, który stosuję już od lat i który jak dotąd jest najlepszym kremem zmiękczającym jaki miałam
Na sam koniec całą skórę nawilżam oliwką HiPP, która jest moim ulubionym produktem nawilżającym do ciała, nie wyobrażam sobie, aby nie było jej w mojej łazience. 

 

Po takich zabiegach, skóra jest gładka, nawilżona, pachnąca, włosy miękkie i odżywione, stopy lekkie, a ja jestem zrelaksowana i odprężona. Niedziela zdecydowanie kojarzy mi się z domowym SPA i takim właśnie czasem dla siebie. 
A jak jest u Was? Robicie sobie domowe SPA?   
  

16 maja 2013

Sun Fun by Pat&Rub


Sezon na odsłonięte nogi uważam za otwarty. Oficjalnie zakładamy sukienki, baletki, sandały i tshirty Pozerki. Nie wiem jak Wy, ale ja osobiście nie znoszę mieć bladej skóry, kocham się opalać (wiem, wiem zmarszczki), uwielbiam jak moja skóra jest muśnięta słońcem. No ale kto po zimie ma hebanowy kolor skóry? Solarium odpada kompletnie (czy ktoś jeszcze z tego korzysta?!), nim złapiemy pierwsze promyki słońca minie parę dni, a przecież w upale nie zamierzamy chodzić w spodniach! W takiej sytuacji ratują nas mleczka brązujące i samoopalacze. Od tego typu produktów jestem trochę uzależniona, nawet w zimie raz na jakiś czas zdarza mi się posmarować tym opalającym specyfikiem. Wypróbowałam sporo dostępnych na rynku samoopalaczy, więc byłam ciekawa też i tego od Pat&Rub, ponieważ jak wiele z Was wie, firmę tą bardzo lubię i cenię. Tak oto balsam do mnie trafił i rozpoczęłam szykowanie się do sezonu letniego.


Jak wiemy, firma Pat&Rub słynie ze swoich znakomitych składów, a ich kosmetyki szczycą się rewelacyjną pielęgnacją. Tak jest i tym razem. Balsam samoopalający nafaszerowany jest dobroczynnymi składnikami, które oprócz opalania, pielęgnują naszą skórę. Kompozycja balsamu składa się z hydrolatu z kwiatów rumianu rzymskiego, który łagodzi i działa przeciwzapalnie, hydrolatu z kwiatów oczaru, który odświeża, roślinny DHA opala, ekstrakt z łupin orzecha poprawia koloryt skóry, ekstrakt z kwiatów kocanki nawilża i zwalcza wolne rodniki, roślinna betaina silnie nawilża, bioferment z bambusa nadaje balsamowi jedwabistą konsystencję , olej z marchwi chroni skórę i ją regenruje, masło makadamia odżywia i chroni, olej rycynowy odżywia skórę i natłuszcza, olej słonecznikowy uelastycznia i nawilża, a naturalna witamina E wygładza, ujędrnia, natłuszcza i nawilża. Więc skład prezentuje się wzorowo, jak zawsze, a do tego faktycznie balsam świetnie pielęgnuje skórę. Większość samoopalaczy wysusza skórę, ten wręcz odwrotnie, doskonale ją nawilża, wygładza i uelastycznia. Samoopalacz nakładam zawsze na noc, rano skóra nadal jest nawilżona i bardzo gładka. Balsam ma dość bogatą konsystencję, ale dobrze się rozprowadza i bardzo szybko wchłania. Żołty kolor minimalnie przyciemnia skórę już po nałożeniu i pozwala bardzo dokładnie zaaplikować mleczko. Opalenizna pojawia się już po kilku godzinach, po pierwszym nałożeniu skóra jest delikatnie opalona, po około 3 aplikacjach jesteśmy pięknie opalone. Kolor jest bardzo naturalny, nie ma nic wspólnego z pomarańczą, czy żółtym kolorem balsamu. Jest złocisty i ciepły. Nie zostawia smug, plam, schodzi też równomiernie. Mogłabym rzec ideał. Ale jest jednak pewien problem, który trochę uprzykrza mi stosowanie Sun Fun. Jest to mianowicie zapach mleczka. Ja wiem, że samoopalacze mają to do siebie, że po prostu nieprzyjemnie pachną. Ale są mleczka brązujące, jak np. Ziaja czy Sisley, które są dość łagodne, a nawet pachną dość przyjemnie. Tu niestety zapach jest bardzo intensywny! Czytałam opinie w internecie, że dziewczyny bardzo go sobie chwalą, piszą, że właśnie zapach nie jest uciążliwy, więc nie wiem, czy to akurat mój egzemplarz jest feralny, czy mój nos płata mi figle. Niemniej jednak warto przecierpieć jego woń, ponieważ opalenizna, którą pozostawia na naszym ciele Sun Fun jest doskonała i przede wszystkim zdrowa. Opakowanie standardowe dla balsamów P&R, z atomizerem, który ułatwia aplikację produktu i jest bardzo wygodne. Pojemność to 200ml, cena tego cuda to ok. 90 zł. Jak zawsze polecam polować na okazje na stronie producenta:)



 Jak jest u Was? Lubicie opaleniznę z tubki? Znacie balsam od Pat&Rub?
 

12 maja 2013

Snapshots of the Week 16

W ten pochmurny, wiosenny wieczór, zapraszam na mix z mojego ostatniego tygodnia;)

Pozytywna, urodzinowa kartka
Spóźniony, ale cudowny prezent
 Backstage;)
 Do pracy!
 Za chipsami nie przepadam,ale te były naprawdę dobre
 Backstage 2
 Piękna sesja w Elle Polska
 Aktualnie czytam
 
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...