16 maja 2017

Ulubione kosmetyki kwietnia





























Dziś ulubieńcy kwietnia przed Wami. Kilka nowości, ale i kilka ulubieńców z poprzednich już lat, także miszmasz, ale jakże udany. Zaczynajmy!:)

PIELĘGNACJA

Naturativ szampon z serii Pielęgnacja i Blask, przeznaczozny do włosów cienkich, wypadających, przetłuszczających się, oraz do wrażliwej skóry głowy. Idealny rysopis moich włosów i idealna pielęgnacja dla nich. O tym szamponie już kiedyś na blogu pisałam, poświęcony był mu osobny post. Wróciłam do niego po dwóch latach przerwy i mam wrażenie, że moje włosy znowu odżyły! Są sypkie, gęste, nabrały zdrowego blasku, dobrze się układają. W składzie szmaponu sama natura, żadnych drażniących substancji myjących, szampon jest produkowany w Polsce. Konsystencja jest żelowa, lekka, szampon naprawdę genialnie się pieni i fantastycznie oszczysza włosy. Jeżeli jeszcze nie znacie marki Naturativ, nadróbcie, cały asortyment jest naprawdę genialny.

Bioderma Atoderm olejek pod prysznic to nowość w mojej pielęgnacji, ale jakże udana. Olejek przeznaczony jest do mycia ciała dla osób o skórze atopowej, ale także dla osób z bardzo wrażliwą skórą, suchą, a także dla dzieci i to od pierwszego dnia życia. Bardzo łagodny, gęsty, o subtelnym i nienachalnym zapachu, bardzo delikatnie oczyszcza skórę, powoduje, że moja skóra, z natury bardzo sucha, nie wymaga stosowania balsamu natychmiast po wyjściu spod prysznica! Jest to nie lada wyczyn, gdyż często mydła, nawet te o naturalnym składzie, przesuszają moją skórę, powodują uczucie ściągnięcia, tu takiego efektu nie ma. Myję nim siebie, myję nim moją córkę i polecam każdemu. Do kupienia w aptekach, dostępny w dwóch pojemnościach, większa to 500 ml. 

Purite Preparat Zakwaszający Włosy to kolejna całkowita nowość u mnie. Nazwa brzmi dziwnie, ale to nic innego jak ocet do włosów:) Tak też pachnie, ale jak tylko włosy wyschną, zapach znika całkowicie, więc nie obawiajcie się, jeśli bezpośrednio po aplikacji na mokre włosy poczujecie znany, octowy zapach. Preparat jest na bazie octu jabłkowego, ale w składzie znajdziemy także ziele pokrzywy, szałwii, podbiału, a także kwiat rumianku, nagietka, lawendy i olejek eteryczny rozmarynowy, lawendowy i z rumianku rzymskiego. Nic więcej, więc skład najbardziej naturalny z możliwych. No ale po co nam ten preparat i czy jest dla każdego typu włosów? Otóż preparat za zadanie ma usunąć ewentualne resztki szamponu/odżywki po myciu włosów, wzmocnić je, zapobiegać wypadaniu, przetłuszczaniu się włosów, ukoić wrażliwą skórę głowyi utrzymać jej odpowiednie pH. Po spryskaniu preparatem mokrych włosów, wcieram go w skórę głowy i po prostu susze włosy. Tak jak wspomniałam, octowy zapach zaraz po wyschnięciu włosów znika, włosy są błyszczące, lekkie i puszyste. Polecam każdemu! Szklana butelka zawiera 200 ml produktu, a sam produkt jest bardzo wydajny. Do kupienia w sklepie online marki. To kolejna, polska, naturalna marka!

Phenome Regeneration Hair Mask, to produkt, który podobnie jak szampon Naturativ, pojawił się już w mojej pielęgnacji włosów, a także na blogu. Mało tego, ten duet sprawia, że moje włosy są jak po wyjściu od fryzjera! Maska w odświeżonej formie i opakowaniu, w wygodnym słoiku, nie straciła na swoim działaniu nic, a nic. Genialna, kremowa, bardzo gęsta i treściwa, wystarczy odrobina nałożona na włosy, aby sprawić, że są one miękkie, lśniące, sypkie, elastyczne, w żaden sposób nie są obciążone (tu rozwaga w ilości nakładanego produktu). Skład idealny, jak w przypadku Phenome. Do tego subtelny zapach i sukces murowany. 

Clarisonic Mia 2 szczoteczka soniczna do oczyszczania twarzy. Po jej zakupie i pierwszym używaniu był efekt WOW, później jakoś przestałam jej używać i leżała zapomniana w szafce. Do poprzedniego miesiąca, kiedy to stwierdziłam, że wrócę do niej i zacznę znowu systematycznie używać. To była dobra decyzja, bo skóra nabrała znowu zdrowego wyglądu, niespodzianki i zaskórniki nie pojawiają się tak często, skóra jest wygładzona i naprawdę super oczyszczona. Stosuję ją z końcówką Sensitive, dla mnie ponowne odkrycie i ponowny zachwyt.

MAKIJAŻ

Essie Jazzy Jubilant to także kosmetyk, który jest ze mną już kilka dobrych lat. Natomiast z jego konsystencją nic się nie stało, a on w pudełku cierpliwie czekał na swój Come Back. Ostatnio gustuję w bardzo delikatnym manicure, a JJ idealnie wpisuje się w te kanony. To kolorowe drobinki brokatu, zanużone w bezbarwnym lakierze. Nie jest to jednak drobny brokat, a migoczące, mieniące się niczym mini confetti drobinki. Dla mnie czad, na paznokciach wygląda po prostu super, na zbliżające się lato to ekspresowy, idelany manicure na zawołanie!

I to wszystkie kosmetyki, które bardzo sprawdziły się u mnie w poprzednim miesiącu. Znacie któryś z wymienionych produktów? 

3 maja 2017

Nowości ostatnich tygodni



























Zanim przejdę do ulubieńców kwietnia, chciałam pokazać Wam kilka nowości, które pojawiły się u mnie w ubiegłym miesiącu. Nie jest tego dużo, ale staram się teraz podchodzić do kosmetyków bardzo selektywnie i wybieram tylko to, co jest mi faktycznie potrzebne i to, co przykuło moją uwagę. Umówmy się, nikt nie przetestuje na sobie góry kosmetyków i nie sprawdzi ich działania, nakładając na siebie kilku produktów w tym samym czasie. Świadomość i realia zatem to podstawa:) W tej garstce nowych kosmetyków, jest kilka znanych mi już hitów, do których wróciłam po przerwie, oraz całkowite dla mnie nowości. To co, zapraszam do lektury:)

Origins A Perfect World Antioxidant cleanser with White Tea to nowość w szeregach Origins. Seria antyoksydacyjna, z wyciągiem z białej herbaty, która walczyć ma z wolnymi rodnikami. To żel oczyszczający do twarzy z przeznaczeniem do skóry suchej i mieszanej. Niestety, póki co jestem z niego niezadowolona. Mimo to, iż jest bardzo wydajny, nie podrażnia mojej skóry, bardzo przyjemnie pachnie, to nie odpowiada mi jego konsystencja krem żelu, którą dość ciężko się spłukuje, no i co najważniejsze, zostawia moją suchą skórę ściągniętą, nie przyjemnie napiętą po umyciu. Nie wiem ile się jeszcze z nim przemęczę, póki co jestem na nie. 

Bioderma Atoderm olejek do mycia ciała dla całej rodziny, z przeznaczeniem także dla dzieci od pierwszego dnia życia. O tym olejku słyszałam już sporo dobrych opinii, u mnie sprawdził się równie dobrze. Więcej napiszę o nim w ulubieńcach miesiąca, powiem tylko, że stosuję go pod prysznicem codziennie, myję nim też Zoję i naprawdę bardzo go polubiłam.

Purite Preparat Zakwaszający Włosy na bazie octu jabłkowego i mieszanki ziół, to kolejna całkowita dla mnie nowość. Kosmetyk naszej polskiej marki, tworzącej tylko naturalne kosmetyki, przeznaczony jest do każdego rodzaju włosów, ale polecany szczególnie do tych wypadających i przetłuszczających się, oraz dla osób borykających się z bardzo wrażliwą skórą głowy. Kolejny ulubieniec miesiąca, więc o nim w kolejnym poście, ale szykuje się polski hit!

Purite świeca czekoladowa to niestety kolejny zawód. Owszem, świeca jest sojowa, naturalna, przepięknie pachnie prawdziwą czekoladą...ale tylko po odkręceniu wieczka szklanego słoiczka. Po zapaleniu niestety zapachu nie odnotowałam.

Bioderma Sensibio woda micelarna to bardzo dobrze znany mi kosmetyk, myślę, że dla wielu z Was również. Bardzo dobry micel przeznaczony szczególnie do skóry wrażliwej, usuwa makijaż oczu, ust i twarzy, nie przesusza skóra, skuteczny. Jedynym minusem jest tu cena. Mi udało się go kupić w bardzo okazyjnej cenie, ale po skończeniu butelki wrócę zapewne do wody micelarnej Garnier, która jest rónie skuteczna, równie dobra, ale w zdecydowanie niższej cenie.

Naturativ szampon Blask i Wzmocnienie to kolejny juz bardzo znany mi kosmetyk. No właśnie, kiedyś nie wyobrażałam sobie mycia włosów bez niego, później zachciało się przetestować kilka innych szamponów. Wróciłam do niego po ponad dwuletniej przerwie. Więcej w ulubieńcach kwietnia:)

Phenome regenerująca Maska do Włosów w nowej odsłonie, w nowym opakowaniu. Kolejny ogromny ulubieniec, z którym już dawno się nie widzieliśmy. Ta maska to obłęd, pod każdym względem. W kolejnym poście napiszę o niej więcej, zajrzyjcie koniecznie!

Bumble and Bumble Invisible Oil Primer pojawił się już na blogu, w poświęconej tylko jemu pełnej recenzji, którą możecie przeczytać TU. Ponownie, jak w przypadku szamponu Naturativ, postawiłam przez jakiś czas na inne produkty ochronne do włosów, ale po bardzo nieudanej przygodzie z primerem  Davines, wróciłam do BB, a moje włosy wróciły w końcu do siebie!

Babydream olejek do ciała dla mam stosowałam jeszcze długo przed ciążą, bo rewelacyjnie nawilżał skórę po kąpieli, stosowałam go również w ciąży, aby nawilżał i uelastyczniał zmieniające się w ciąży ciało, wróciłam do niego teraz, aby po raz kolejny się przekonać, że dla suchej skóry jest po prostu bezkonkurencyjny. Świetnie nawilża skórę, pięknie pachnie, jest delikatny. Dodatkowo jego cena jest bardzo przystępna, a skład fantastyczny. Hit hit hit!

Helena Rubinstein Lash Queen to tusz do rzęs, bez którego kiedyś nie wyobrażałam sobie makijażu. Po kilku latach przerwy i poszukiwań maskary idealnej, wróciłam do niej. Po raz kolejny okazało się, że naprawdę jest niezawodna. Świetna do każdego rodzaju rzęs!

Clinique Airbrush Concealer to nowość w mojej kosmetyczce. Rozświetlający, lekko kryjący korektor w pisaku, który jest ulubieńcem samej Lisy Eldridge (polecała go na swoim kanale YT wielokrotnie). Faktycznie, korektor jest bardzo dobry, nie przesusza delikatnej skóy zwłaszcza pod oczami, delikatnie rozświetla skórę, sprawia, że jest świeża. Więcej na pewno w kolejnym poście, bo bardzo go polubiłam. 

I to już wszystkie nowości, które pojawiły się u mnie w ostatnich tygodniach. Mam nadzieję, że wstąpicie na bloga na dniach, bo czekać będą na Was ulubieńcy kwietnia i na pewno pojawi się tu kilka kosmetyków dziś wspomnianych w pełnym opisie:) Przyjemnego końca Majówki! 













2 maja 2017

Migawki kwietnia

 1. Buła.  2. Baba. 3. Sonrisa. 4. LOVE.
 4. C by Cosima. 5. Zjem.  6. Easter Bunny. 7. Korony nie zdejmuje.




































9. Pasta. 10. Słodkie. 11. Czekoladowe. 12. Coffee.
13. Prawie wiosna. 14. Make-up essentials. 15. Słodki słony. 16. Urodziny.




































17. Coś dla mamy coś dla córki-Mrugała. 18. Założyłam wiosnę. 19. Zawsze obok. 20. Books.

2 kwietnia 2017

Migawki marca

 1. Wiosna w domu. 2. Tak, to ona. 3. Nowe od Alba1913. 4. Coffee o'clock.
 5. Carbonara z tunczykiem-uzaleznienie. 6. Domowa smakuje zawsze najlepiej. 7. Jabecznik po wlosku. 8. No uwielbiam.
9. Books lover. 10. #molksiazkowy 11. Zabawa. 12. I spanie.
13. 14. 15. Wiosna w outfitach

30 marca 2017

Regenerujący krem dyniowy Fridge 4.4 Face The Green































Ostatnie miesiące były bardzo trudne dla mojej cery. Pociążowe zmiany hormonalne sprawiały, że typ mojej cery zmieniał się praktycznie z tygodnia na tydzień, co uniemożliwiało mi dobranie sobie odpowiedniej pielęgnacji, a ta, która wydawała się być idealnie dopasowana przed ciążą, zupełnie przestała się sprawdzać. Po wszystkich tych przygodach z różnymi kremami, zdaje się, że trafiłam w tej chwili w dziesiątkę, a i moja skóra zdecydowanie uspokoiła się i wróciła do siebie. Z kremu, o kórym dziś będzie mowa jestem tak zadowolona, że zasłużył zdecydowanie na to, aby pojawić się na blogu w tym osobnym wpisie. 

4.4 Face the Green naszej polskiej marki Fridge by yDe to świeży krem regenerujący, nazywany też dyniowym, przeznaczony do skór normalnych, suchych. Świeży dlatego, iż zawiera tylko specjalnie wyselekcjonowane, naturalne i organiczne składniki roślinne, nie zawiera za to żadnych konserwantów czy alkoholu, dlatego przechowujemy go w lodówce, a zużyć musimy go w ciągu 2,5 miesiąca od daty produkcji. O marce Fridge na blogu wspominałam już nie raz, dla osób, które jeszcze jej nie poznały, zapraszam na stronę producenta, tam dowiecie się o całej filozofii świeżości marki. Krem zapakowany jest w szklany słoiczek o pojemności 30 gramów. Myślę, że jak na termin, w którym musimy go zużyć, jest to odpowiednia ilość, tym bardziej, że krem jest bardzo wydajny. Po odkręceniu słoiczka ukazuje się naszym oczom pistacjowy mus. Kolor krem zawdzięcza zimnotłoczonemu olejowi z pestek dyni, który bardzo bogaty w wielonasycone kwasy tłuszczowe dba o to, aby uszczelniać naturalną barierę naskórkową. Wspaniała, piankowa konsystencja kremu, wydaje się być idealnie lekka, cudownie rozprowadza się na twarzy, nie roluje się, wchłania się bardzo szybko, pozostawiając na twarzy wspaniały komfort ukojenia i nawilżenia. Dzięki tej nietypowej konsystencji, krem nie obciąża skóry, idealnie współgra z każdym makijażem, nie wzmaga przetłuszczania cery, ale za to idealnie ją nawilża przez cały dzień, ba, nawilża skórę tak dobrze, że nawet na koniec dnia, po demakijażu moja sucha obecnie skóra nie odczuwa ściągnięcia czy dyskomfortu. Olej z pestek dyni jest bogaty w fitosterole, które odtwarzają ochronną barierę hydrolipidową, a spora obecność skwalenu w kremie stymuluje przenikanie substancji lipidowych przez naskórek i zapewnia regenerację. Za działanie kojące kremu odpowiada z kolei ekstrakt glicerynowy z lnu. Uwierzcie, że to ukojenie czuć natychmiast po posmarowaniu tym kremem twarzy, dosłownie otula się i wycisza, sprawia, że cera jest gładka, nabiera zdrowego kolorytu, jest miękka, elastyczna i odżywiona. Jeżeli chodzi o zapach kremu, jest bardzo delikatny i subtelny, nie podrażni wrażliwych nosów, spełni na pewno wymagania tych wymagających. Ja określiłabym ten zapach jako zielony, po prostu, pachnie świeżością:)

Krem kupić możemy w sklepie online marki. kosztuje 187zł za wspomniane 30 gramów. Jest to wysoka kwota, ale jeżeli Wasza cera jest kapryśna, potrzebuje czegoś co naprawdę ją naprawi, zregeneruje, naprawi, a do tego nie zapcha jej i nie podrażni agresywnym składem, to polecam, skorzystajcie z dobrodziejstwa 4.4, nie zawiedziecie się. 


20 marca 2017

Alba 1913- polska marka z historią!































Polskich firm, produkujących naprawdę dobre, naturalne kosmetyki w naszym kraju jest kilka. Kilka z nich pojawiało się już u mnie na blogu, o każdej wypowiadałam się w superlatywach, chwaląc kosmetyki i zachęcając Was do ich wypróbowania. Nie inaczej będzie dziś. Z małym wyjątkiem. Marka, o której dziś Wam napiszę i przedstawię, jest marką z historią i to nie byle jaką, bo sięgającą roku 1913. Kosmetyki marki Alba 1913, bo o nich dziś będzie mowa, są w pełni naturalne, firma nazywa swoje kosmetyki galenicznymi, co oznacza, że mają działać nie tylko pielęgnacyjnie, ale leczniczo, wykorzystując moc olejków eterycznych w swoim składzie. Szczerze Wam napiszę i uwierzcie mi teraz na słowo, dawno, ale to naprawdę dawno kosmetyki mnie tak nie oczarowały, jak właśnie te!

W 1913 roku powstaje laboratorium w Poznaniu, w którym Mieczysław Rychlicki, zaraz po zakończeniu studiów w Berlinie, zatrudnia się i staje prawą ręką właściciela, od którego po latach odkupuje wszystkie udziały. Mimo wojny i komunistycznego wywłaszczenia, udaje mu się ocalić receptury leków i kosmetyków, które stworzył. W 1945 armia radziecka częściowo niszczy budynki Alby, ale już w 1948 roku Mieczysław Rychlicki odbudowuje firmę i wznawia jej działanie. Niestety, w 1952 roku ponownie firma zaprzestaje swojej działalności, władze komunistyczne wywłaszczają budynek Alby, aby produkować w nim zamki do drzwi. Po wielu latach, synowa Mieczysława Rychlickiego, Katarzyna Rychlicka, specjalistka w technologii farmaceutycznej , mieszkająca z mężem i dziećmi we Włoszech, postanawia reaktywować rodzinną firmę. Katarzyna zakłada z początku laboratorium we Włoszech, aby w 1992 roku uruchomić firmę w rodzimym Poznaniu. Od roku 2006 prezesem firmy jest syn Katarzyny Rychlickiej, Łukasz Rychlicki, do którego w roku 2008 dołączył brat Jan Jakub Rychlicki, który pięć lat później został wiceprezesem ds. IT.  Jak widzicie, firma naprawdę przeszła wiele, aby znaleźć się tu, gdzie jest w tej chwili, ale co najważniejsze, zachowała receptury, które pozwoliły jej zaistnieć na rynku. 

W kosmetykach marki tematem przewodnim są olejki eteryczne i fitoterapia. To czuć w każdym ich produkcie i to naprawdę działa!

Miałam przyjemność wypróbować box z bestsellerami marki. Na początku chcę zaznaczyć, że w tej marce wszystko dopięte jest na ostatni guzik, każdy szczegół jest dopracowany, począwszy od opakowań, strony internetowej marki, jak i produktów samych w sobie i ich działaniu. Dla mnie ogromny plus i ogromne wrażenie! W pięknie zaprojektowanym pudełku, znalazłam scrub do ciała, bogate masło do ciała, bogate masło do stóp, krem do zmęczonych nóg, oraz krem do rąk. Masło do ciała, scrub i chłodzący krem do nóg występują w pojemności tzw. Travel Size, które pojedyńczo w tej, jak i w pełnej pojemności można kupić osobno w sklepie online marki. Krem do rąk oraz regenerujący krem do stóp występują tu w pełnej objętości. 
No.11 Cukrowy peeling do ciała cechuje się bardzo drobnymi (ale jakże dobrze ścierającymi!) drobinkami, zatopionymi w oleju sezamowym, kokosowym i olejku grejpfruta. Jest bardzo gęsty i bardzo ładnie wygładza skórę, usuwając z niej martwy naskórek, pozostawiając ją ujędrnioną, bardzo elastyczną i gładką. Po użyciu peelingu nie ma potrzeby nakładania balsamu, scrub pozostawia dość konkretną warstwę ochronną, która idealnie nawilża i regeneruje skórę. Pachnie ziołowo, cytrusowo, bardzo relaksująco! To świetna odmiana od gruboziarnistych, cukrowych scrubów. 
No.2 Odżywcze masło do ciała to mój osobisty hit! Genialnie nawilżające, silnie regenrujące, samo nakładanie tego masła to czysty relaks, a zapach i efekt, jaki daje na skórze, to już po prostu bajka. W składzie między innymi ekstrakt centelli azjatyckiej, który działa ujędrniająco i poprawia koloryt skóry, masło shea, olej kokosowy, olej sezamowy oraz olejek lawendowy i melisowy, które pomagają odprężyć się i zrelaksować. Masło przypomina mi trochę wosk, po rozgrzaniu w dłoniach zamienia się w olejek, bardzo ładnie się rozprowadza i bardzo ładnie wchłania się w skórę, pozostawiając jednak lekką warstewkę ochronną, dlatego stosuję je raczej wieczorem. Skóra po nim jest bardzo gładka, pięknie nawilżona, nawet po całej nocy czuć, że jest naprawdę zregenerowana. A zapach? Otula, relaksuje i uprzyjemnia całą pielęgnację, dla suchej skóry bomba!
No.6 Galeniczny krem do przemęczonych nóg zostawiam sobie na lato, wiem, żę będzie w tym okresie niezastąpiony. Dzięki ekstraktowi z kasztanowca, cytryny zwyczajnej, ekstraktu nawłoci pospolitej i ekstraktu ruszczyka kolczastego sprawia, że nogi odzyskują lekkość, krem daje świetny efekt chłodzący, który dość długo utrzymuje się na nogach, do tego pięknie pachnie i świetnie przy okazji nawilża skórę. Czuję, że latem będzie hitem u wielu osób:)
No.10 Galeniczny regenerujący krem do stóp to mój kolejny hit po maśle do ciała, bez którego nie wyobrażam sobie wieczornej pielęgnacji. Bardzo odżywcze masło do stóp silnie je nawilża, regeneruje i koi przesuszone pięty, idealnie relaksuje. Rano budzimy się z wygładzoną skórą stóp, nawilżoną i bardzo gładką. W składzie masło kakaowe, olej kokosowy, olejek oregano i tlenek cynku. Zapach jak przy wszystkich kosmetykach Alby, obłędny i bardzo relaksujący. 
No.1 Galeniczny krem do rąk do codziennego użytku gości u mnie już drugi raz. To bardzo lekki w swojej konsystencji krem, który bardzo ładnie nawilża skórę dłoni, szybko się wchłania i pozostawia dłonie gładkie, nawilżone i cudownie pachnące. W składzie ekstrakt z nagietka, masło shea, olej migdałowy i olejek z pomarańczy słodkiej. Świetna pojemność, która idealnie sprawdzi się do torebki. 

Wszystkie te kosmetyki określane są jako galeniczne, we wszystkich znajdziemy olejki eteryczne, które dbają o cudowne zapachy i działanie tych kosmetyków. Po użyciu każdego z nich czujecie się, jak w najlepszym SPA, moim zdaniem te olejki w składzie działają cuda. 
Jestem bardzo pozytywnie zaskoczona efektami tych kosmetyków i mam ochotę na więcej. Jak wieści głoszą, niebawem marka wprowadza na rynek galeniczne nowości do pielęgnacji twarzy. Ja osobiście nie mogę się doczekać!
Całą historię marki oraz ich kosmetyki, w tym box z bestsellerami, możecie znaleźć w sklepie online TU. Bardzo Was zachęcam do poznania tych kosmetyków, nie będziecie żałować.


16 marca 2017

Ulubione kosmetyki lutego






























W tym miesiącu naprawdę spóźnieni, ale są! Ulubieńcy lutego, już Wam ich przedstawiam, bo same tu perełki i same wspaniałości. Po tym jak aparat na chwilę odmówił współpracy, wracam do robienia zdjęć i do postów, oby ten przestój został zażegnany. 
W lutym nie pojawiły się u mnie żadne nowości w kolorówce, także po raz kolejny skupiam się tylko na ulubionej pielęgnacji.

REN Clarimatte Invisible Pores Detox Mask do której wróciłam po dłuższej przerwie. Jak ja uwielbiam tą maskę, no nie ma sobie równych w jej kategorii. To silnie oczyszczająca maseczka do twarzy, która za zadanie ma zmniejszyć rozszerzone pory, oczyścić cerę, rozjaśnić ją i przywrócić jej blask. Przeznaczona jest do skór tłustych, problematycznych, jednak na mojej suchej, nałożona raz w tygodniu, czyni cuda. Skóra po niej jest gładka, czysta, drobne zmiany znikają na dobre, cera jest przyjemnie zmatowiona. Jeżeli lubicie glinkowe maseczki, bardzo ją Wam polecam. Mój numer jeden bez dwóch zdań!

Phenome Enlivening Facial Toner to nowa pozycja wśród toników w mojej pielęgnacji. I jakże udana! Do tej pory moim ukochanym tonikiem był ten łagodzący z firmy Naturativ, jednak postanowiłam wypróbować tonik z oferty naszej rodzimej marki Phenome. Nie zawiodłam się, jak w przypadku większości kosmetyków tej firmy, które miałam okazję dotychczas stosować. Tonik cudownie zmiękcza skórę, odświeża ją, koi i przywraca jej odpowiednie Ph. Cudownie pachnie. I najważniejsze-nawilża skórę jak krem! Butelka wyposażona jest w bardzo wygodny atomizer, można spryskać nim bezpośrednio skórę twarzy, bądź nasączyć nim płatek i przetrzeć twarz. Ja stosuję oba sposoby, oba się sprawdzają. Genialny produkt!

Fridge 4.4 Face the green to kolejna nowość w mojej codziennej pielęgnacji twarzy. Kolejny bardzo udany debiut, który zostanie ze mną na pewno na dłużej. Zielony (dosłownie!) krem, puszysty jak mus i lekki jak pianka..a nawilża skórę lepiej, niż masło shea! W składzie olej z pestek dyni, skwalen, ekstrakt glicerynowy z lnu. Wszystko to sprawia, że moja sucha skóra jest idealnie zregenerowana, nawilżona przez cały dzień, wygładzona. Pachnie bardzo delikatnie, nie podrażnia mojej wrażliwej skóry, nie zapycha jej. Idealnie sprawdza się także pod makijaż. No cudo, a do tego tak świeże, że trzymać należy go tylko w lodówce i zużyć w ciągu 2,5 miesięcy. 

Alba1913 Galeniczny regenerujący krem do stóp to moje odkrycie, jak zresztą marka Alba 1913, o której więcej napiszę Wam w kolejnym poście. Krem za zadanie ma silnie odżywić stopy, wygładzić je, nawilżyć i sprawić, że będą miękkie i zadbane. Mało który krem do stóp spełnia moje oczekiwania, ten wstrzelił się w mój gust i moje wymagania w stu procentach. Bardzo silnie nawilża stopy, natłuszcza je, do tego zawartość olejków eterycznych sprawia, że cały proces masażu jest jest ogromną przyjemnością. Plus za mega wydajność, osobiście mój hit. 

Alba1913 Galeniczne odżywcze masło do ciała, kolejny hit z tej polskiej marki. Bazuje na maśle shea oraz olejach, kokosowym i sezamowym, po rozgrzaniu w dłoniach zamienia się w olejek, który nałożony na skórę, silnie ją nawilża, koi, natłuszcza i regeneruje. Bogaty, pozostawia po sobie ochronną warstwę na ciele, ale uwierzcie mi, warto nałożyć go na noc, aby rano cieszyć się skórą odżywioną, pachnącą, nawilżoną i zregenerowaną. Zapach-cóż, poczujecie się jak w SPA.

Davines MOMO maska regenerująca do włosów suchych to w moim przypadku mus, stosowany raz, dwa razy w tygodniu. Choć z nazwy odżywka, na moich delikatnych i cienkich włosach idealnie sprawdza się w roli maski. Bardzo silnie odżywia suche i zniszczone włosy, wygładza je ale bez efektu obciążenia, sprawia, że łatwo się rozczesują. Bardzo ładnie pachnie, jak chyba wszystkie produkty tej firmy. Naprawdę przyjemny produkt. 

I to wszystkie hity minionego miesiąca. Mam nadzieję, że któryś kosmetyk zwrócił Waszą uwagę i zaciekawiłam Was swoimi wyborami. Dajcie znać w komentarzach, co chętnie byście przetestowali!

1 marca 2017

Migawki Lutego

 1. Szkrab. 2. Święte słowa. 3. Alba1913-odkrycie lutego. 4. Weekend essentials.
 5. Najlepsze śniadania. 6. Matki relaks. 7. Pasta is always good idea. 8. Powtórka.
 9. Czytelnik. 10. Takie poranki! 11. Miłość. 12. Odpocznę.
 13. Opi i ich nowa kolekcja Fiji. 14. Lektura. 15. Spring. 16. Wiosnę już naprawdę czuć.
17.  Domowa pizza najlepsza. 18. Marchewkowe raz. 19. Muffins. 20. Ulubione.

15 lutego 2017

Ulubione kosmetyki stycznia































Jak bardzo się cieszę, że styczeń mam już za sobą. Ba, mamy właściwie połowę lutego, co oznacza, że wiosna jest tuż za rogiem. Osobiście codziennie odliczam do jej nadejścia, ciesząc się z każdego, dłuższego już dnia. W styczniu w mojej pielęgnacji wiele nowego się nie działo, wybrałam tylko cztery kosmetyki z pielęgnacji, które mogę Wam polecić i które umilały mi te zimowe dni. Każdy z nich jest naprawdę godny poznania. To co, zapraszam na wpis:)

Fridge 1.0 znalazł się u mnie pod choinką i mogę w sumie napisać, że był to średnio trafiony prezent, natomiast krem znalazł się w ulubieńcach i już śpieszę wyjaśnić dlaczego. Jest to lekki krem nawilżający, przeznaczony głównie do młodej cery, nie mającej specjalnie problemów. Ja zakwalifikowałabym go także jako świetny, lekki nawilżający krem do cery mieszanej i tłustej. Ale o dziwo, mimo iż nie nawilżył mojej bardzo suchej skóry tak jak powinien (ale nie taka jego rola w tym przypadku) to naprawdę dawał radę i te 3 tygodnie, kiedy go stosowałam udowodnił swoją moc! Na dłuższą metę używać go nie będę, z uwagi właśnie na bardzo wymagającą skórę proszącą o coś bogatszego, ale jeżeli szukacie czegoś w pełni naturalnego, tu nawet świeżego, polskiego, o naprawdę fajnym działaniu nawilżającym, ale nie obciążającym skóry, to polecam, koniecznie sprawdźcie Fridge 1.0, daję głowę, że się nie zawiedziecie!

Pat&Rub w swojej nowej odsłonie wypuścił regenerujący szampon do włosów suchych i farbowanych. Gęsta, żelowa formuła sprawia, że szampon jest bardzo lekki, nie obciąża włosów, ale świetnie je zmiękcza, sprawia, że są lekkie, nawilżone i doskonale się rozczesują. Przy w pełni naturalnym składzie, mimo to, iż nie posiada drażniących substancji myjących, bardzo dobrze się pieni i oczyszcza włosy. Pachnie świeżo, lekko cytrusowo, z nutą żurawiny, jest delikatny, nie podrażnia mojej wrażliwej skóry głowy, nie powoduje żadnego dyskomfortu. Stosuję go dwa-trzy razy w tygodniu, aby odżywić włosy i jestem bardzo na tak. 

Bioderma i ich samoopalacz w spray'u pojawia się na blogu już któryś raz. Nie bez powodu. To właśnie w styczniu, kiedy wakacyjna opalenizna znika już na dobre, a pragnienie wiosny jest tak silne, że śnię o plażach i słońcu niemal codziennie, sięgam po produkty opalające. Jest to jedyny samoopalacz, który nie posiada nieprzyjemnego, charakterystycznego zapachu dla tego typu produktów! Do tego jego aplikacja jest bajecznie prosta (typu air brush), efekt opalenizny można stopniować, nie powoduje żadnych plam czy smug i praktycznie natychmiast po aplikacji możemy się ubrać, na skórze nie jest wyczuwalny żaden filtr. Opalenizna jest delikatna, w bardzo ładnym, naturalnym odcieniu. Ja osobiście uwielbiam i polecam każdej fance skóry muśniętej słońcem;) 

Naturativ ze swoim otulającym olejkiem do ciała o zapachu cytryny, wanilii i karmelu, to także nieodłączny element mojej zimowej pielęgnacji. Mogę otwarcie powiedzieć, że od tego zapachu jestem po prostu uzależniona, a bez pielęgnacji olejkami nie wyobrażam sobie zimowych rytuałów dbania o swoje ciało. W pełni naturalny skład, polska firma, świetne działanie. Wmasowuję go po wieczornej kąpieli w jeszcze wilgotne ciało i delikatnie osuszam skórę ręcznikiem. Efekt? Skóra jest nawilżona, elastyczna, wygładzona i cudownie pachnąca ( z tym zapachem nie żartuję powinnam mieć perfumy o takiej nucie;). Plus za opakowanie z pompką, wspaniała wygoda!

I to wszyscy moi ulubieńcy stycznia:) Mam nadzieję, że któryś z kosmetyków Was zaciekawił i będziecie mieli ochotę go wypróbować. Standardowo, jeżeli macie jakieś pytania, piszcie w komentarzach lub na maila. I oby do wiosny:)



31 stycznia 2017

January Mix

 1. Pierwszy dzień roku. 2. Uśmiech proszę! 3. Books lover. 4. Lalo.
 5. Ulubione śniadanie nie tylko w grudniu. 6. Podpłomyk. 7. Pasta. 8. Curry love.
 9. Essentials. 10. Dobre do poczytania. 11. Coffee love. 12. Dobry!
13. Kawa po wietnamsku, nowe uzależnienie. 14. Latte still like you. 15. Leniwe! 16. Nowe idzie.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...