5 grudnia 2016

Ulubieńcy listopada


































Nie znoszę listopada. Zmiana czasu i ciemność w dzień, pogorszenie pogody i ogólne pogorszenie nastroju sprawia, że odliczam do jego końca każdą minutę. W tym roku listopad minął mi błyskawicznie, dlatego tym bardziej cieszę się, że udało mi się go tak łagodnie przetrwać. Z zeszłym miesiącu ulubieńcy nie pojawili się, wyjaśnienie napisałam Wam w poprzednim poście, ale dziś zapraszam już na ulubieńców listopada, bo znalazło się tu kilka perełek, którym zdecydowanie warto się przyjrzeć. No i w końcu mamy grudzień, czy czujecie już gorączkę Świąt Bożego Narodzenia? :) Ja odliczam już dni i nie mogę się ich doczekać!

PIELĘGNACJA

L'Biotica szampon i odżywka z serii Repair znalazły się u mnie całkiem przez przypadek. Ale jedno muszę przyznać, przypadek to był bardzo szczęśliwy, bo ten duet jest doskonały! Cała linia przeznaczona jest do włosów suchych, zniszczonych, ze skłonnością do wypadania. Moje włosy zniszczone nie są, ale lekko przesuszone z natury przy końcach są, a i wypadanie nie jest im obce. Po tym, jak dostałam ten szampon od mojej mamy, bałam się, że jednak obciąży moje delikatne i bądź co bądź przetłuszczające się dość szybko u nasady włosy. Jakże zdziwiona i pozytywnie zaskoczona byłam po pierwszym umyciu nim głowy! Włosy były miękkie, puszyste, odbite u nasady, dobrze oczyszczone, lśniące, ewidentnie dodał objętości mojej fryzurze. Do tego ma cudowny zapach, który utrzymuje się dość długo na włosach. Zaskoczona efektem, który pojawiał się po każdym myciu włosów, zdecydowałam się dokupić odżywkę. I tu również był strzał w dziesiątkę. Odżywka ładnie wygładza włosy, wspomaga ich rozczesywanie, sprawia, że wyglądają na zdrowe. Jestem bardzo na tak i polecam to duo każdemu, znajdziecie tą serię w Rossmannach. 

Davines i odżywka MELU to kolejna nowość i doskonały w moim przypadku traf do włosów. To jeden z trzech kosmetyków tej marki, który do mnie trafił, ale o pozostałych innym razem. Z firmą Davines stykam się po raz pierwszy, ale wierzcie mi na słowo, ta marka jest bardzo godna uwagi i wiem już, że kolejna pielęgnacja moich włosów będzie należała do niej. Odżywka MELU przeznaczona jest do włosów narażonych na częstą stylizację gorącym sprzętem, długich, łamliwych i wymagających przywrócenia im blasku. Jest bardzo gęsta i bardzo odżywcza, dlatego ja stosuję ją w formie maski, dwa-trzy razy w tygodniu. Przepięknie wygładza włosy, nawilża je, sprawia, że są sypkie, fantastycznie się układają i na układanie są bardzo podatne, obłędnie pachnie. Posiadam małe opakowanie, a jedno jest pewne, jest bardzo wydajna! Jeżeli nie znacie jeszcze tej firmy, wypróbujcie ją koniecznie, dla mnie hit, jedna z lepszych odżywek masek, jakie miałam okazję stosować. 

Grown Alchemist i ich Body Treatment Oil to kolejna bardzo fajna pozycja, która umilała mi listopad. Gęsty, odżywczy olejek do ciała na bazie naturalnych olejków, wzbogacony o piękny, ziołowy zapach pomaga zrelaksować się w te zimne, jesienne wieczory, przywracając skórze gładkość i odpowiedni poziom nawilżenia. Mimo to, iż olejek jest gęsty, dość wydajny oraz cechuje go naprawdę dobre działanie, to niestety nie jest tani i jest go bardzo mało, bo tylko 100 ml. Do Was zatem należy decyzja, czy zechcecie go kupić i spróbować. Ja na pewno raz na jakiś czas będę do niego wracać, ale znalazłam dla niego alternatywę, mianowicie...

Ministerstwo Dobrego Mydła mus do ciała Len i Konopie to idealny substytut olejku Grown Alchemist. Działa na skórę genialnie, powiedziałabym, że może i lepiej niż wspomniany olejek, do tego zapach mają niemalże identyczny, przy czym mus jest produktem polskim i zdecydowanie tańszym. Ale do rzeczy. Puszysty, stworzony wyłącznie z naturalnych składników mus nakładam na wilgotną skórę po prysznicu. W kontakcie ze skórą zamienia się w olejek, który bardzo ładnie rozprowadza się na skórze otulając ją ziołowym zapachem i nawilżając na naprawdę długo. Polecam, koniecznie zaopatrzcie się w słoiczek na tegoroczną zimę! 

Alpha-h Liquid Gold to intensywnie odnawiająca kuracja w postaci płynu na bazie kwasu glikolowego. Jest to jeden z bestsellerów marki i wcale się temu nie dziwię. Preparat już po pierwszym zastosowaniu sprawia, że cera wygląda całkiem inaczej. Kosmetyk za zadanie ma rozjaśnić cerę i zredukować powstałe już przebarwienia, zwężyć rozszerzone pory, wspomaga walkę z wypryskami, a także z bliznami potrądzikowymi, efektywnie redukuje zmarszczki i rewitalizuję cerę. W listopadzie stosowałam go co drugi wieczór, przecierając oczyszczoną twarz wacikiem nasączonym Liquid Gold i zostawiałam solo na całą noc. Rano skóra jest niesamowicie gładka, wypoczęta, drobne niedoskonałości zmniejszone. Jeżeli potrzebujecie takiej intensywnej kuracji i regeneracji skóry, to teraz jest na to idealna pora, a ten preparat Wam w tym pomoże.

MAKIJAŻ

Bourjois Healthy Balance puder do twarzy znalazł się już na blogu kilka razy. Przez jakiś czas zupełnie nie stosowałam pudru do twarzy, ale teraz jesienią wróciłam do niego ponownie, aby trochę wzmocnić ochronę skóry i przedłużyć trwałość makijażu w ciągu wietrznych i mokrych dni. Ten puder to mój ogromny ulubieniec. Pięknie matuje skórę, ale nie obciąża jej, spawia, że jest świeża, a kolor ujednolicony, przedłuża trwałość makijażu o kilka godzin. Jest bardzo wydajny i jako ciekawostkę powiem Wam, że jest bardzo podobny do pudru Chanel Les Beiges, który przed Bourjois miałam okazję stosować. 

OPI i ich kolekcja Breakfast at Tiffany's zaskoczyła mnie pięknymi kolorami, ale z całej tej cudownej kolekcji mam swoich dwóch faworytów. Kremowa kość słoniowa wzbogacona o opalizujący pyłek o nazwie tej samej co cała kolekcja, czyli Breakfast at Tiffany's zaskoczyła mnie na tyle, że mimo, iż wolę kremowe wykończenie lakierów, to ten trafia na moje paznokcie co chwilę. Idealnie wkomponuje się w zimowy, biały klimat Świąt, ucieszy fanki nie tylko naturalnego manicure, ale także te, które wolą na codzień kolory. Ale jeżeli nie wyobrażacie sobie Świąt Bożego Narodzenia bez czerwonych paznokci, to OPI stworzył czerwień idealną, która mi osobiście, bardzo kojarzy się z nadchodzącymi świętami. Mowa o kolorze Got The Mean Reds. Idealnie kremowa, pięknie kryjąca, czysta czerwień to mój wybór na każdą uroczystość, nie tylko tą wigilijną. 

I to wszystkie kosmetyki, które podbiły mój listopad. Czy chcielibyście przeczytać o którymś z tych kosmetyków więcej na blogu? A może znacie już te produkty? 






1 grudnia 2016

November Mix

Po miesięcznej przerwie wracam do Was z podsumowaniem listopada. W grudniu posty pojawiać się będą już regularnie. Przerwa spowodowana była większym projektem, nad którym obecnie pracuję oraz nadchodzącymi zmianami, które pojawią się już wkrótce na blogu. Tymczasem zerknijcie jak minął nasz miesiąc, a my witamy już grudzień!:)

Mam dla Was kod rabatowy na zakup dowolnego zegarka oraz całego asortymentu na stronie Daniel Wellington, wystarczy w koszyku wpisać DWjuicy i na całe zakupy otrzymacie 15% rabatu!
Zerknijcie też na ich ofertę świąteczną, rabat tam też obowiązuje:)

1. Home vibes. 2. Chałka I like you. 3. Classic Black. 4. Morning.

5.Kawa i plotki z Martitsu. 6. Domowa pizza to najlepsza pizza. 7. Coffee o'clock. 8. Czekoladowe.
 9. Przymiarki trwają. 10. Nap. 11. Wstałam! 12. Play girl.
13. Zrób mi pieczone ziemniaki. 14. Dyniowa love. 15. Groszkowa carbonara. 16. Hygge.
 17. Books and coffee. 18. Matko napraw. 19. Smaki lata jesienią. 20. Coffee lover.
 21. Mol książkowy. 22. Love to watch her sleep. 23. Wszędzie. 24. I zawsze.
 25. Gdy w domu tylko pomidory. 26. Szpinak. 27. Pizza z bakłażanem-smak jesieni. 28. Kotlety ziemniaczano-szpinakowe z fetą wzbudziły Wasze ogromne zainteresowanie na Instagramie, przepis na nie znajdziecie na blogu White Plate:)
 29. Ciasteczka z masłem orzechowym, przep z Kwestii Smaku, polecam! 30. Nowe Ministerstwo.
 31. I nowe Phenome (niespodzianka dla Was wkrótce!). 32. Breakfast At Tiffany's , nowa kolekcja OPI.
 33. Classic Black, cudo! 34. Pan Dorsz. 35. Naleśniki, zawsze. 36. Gdy za oknem deszcz, pieczemy.
37. Lubimy mirror selfie. 38. Matka.



1 listopada 2016

Snapshots of the Month 87

1. Bling bling. 2. Na spacer! 3. Słońce! 4. Z tatą najlepiej.

5. W pażdzierniku dużo gotowaliśmy, kopytka buraczane. 6. Marchewkowe. 7. Te wypieki. 8. Makijaż też był.

9. Dużo czytaliśmy. 10. Odpoczywaliśmy. 11. Biegaliśmy. 12. Odwiedzaliśmy.

13. Dzień zacznij z omletem! 14. Domowa pizza smakuje najlepiej. 15. Się wycina. 16. Się piecze.

17. Możesz też zacząć dzień budyniem jaglanym. 18. Prosto. 19. Kaszotto I like you. 20. Sernik raz.

21. Dress. 22. Gold crown. 23. Girls will be girls.
24. W drogę! 25. Coffee is always good idea. 26. Star. 27. Wejdę też.

28. Risotto z dynią. 29. Palona brukselka. 30. Stan umysłu. 31. Kolory jesieni z OPI.


























30 października 2016

Nowości października

































Tytuł trochę kłamie. To tak na wstępie. Bo większość tych nowości pojawiło się u mnie owszem w październiku, ale garstka z tych kosmetyków, które dziś pokażę pojawiło się u mnie już we wrześniu. Czekałam jednak, aż uzbiera ich się więcej, aby pokazać je zbiorowo w jednym poście. No i jestem. Chwilę to trwało, ale wierzcie, wszystko było przeciwko mnie. A najbardziej uwzięła się na mnie jesień. Tak moi drodzy, jesień ponura, deszczowa i ze złotą polską nie mająca nic wspólnego. Światło, a raczej jego brak, ciągle uniemożliwiało mi zrobienie zdjęć. Ale wczoraj oto, pojawiło się kilka skromnych promieni, chwyciłam więc za aparat i tyle ile udało mi się cyknąć, wrzucam dziś i szybko do Was piszę. No to co, zaczynamy?

Najwięcej nowości wskoczyło z przeznaczeniem dla moich włosów. I tu marka Phenome wysłała mi paczkę niespodziankę z duetem szampon oraz odżywka z linii Rebalance. Seria ta przeznaczona jest do codziennego mycia włosów, delikatnie oczyszcza je z zanieczyszczeń, przywracając równowagę skórze głowy, kojąc ją i nawilżając. O ile kosmetyki naszej rodzimej, organicznej firmy Phenome są mi dobrze znane, o tyle tej serii do włosów jeszcze nie miałam i jestem jej ogromnie ciekawa. Póki co czeka na swoją kolej, na pewno za jakiś czas pojawi się na blogu w szerszej recenzji. 
Od jakiegoś już czasu na pewno wiele z Was słyszało o tym, że Kinga Rusin opuściła spółkę Aromeda, z którą współtworzyła kosmetyki Pat&Rub i wznowiła produkcję kosmetyków pod tą samą nazwą już bez starego partnera. Dla wszystkich zainsteresowanych, a nie znających sprawy. Stare kosmetyki Pat&Rub z niezmienionymi formułami są teraz dostępne pod nazwą Naturativ. Natomiast pani Kinga udoskonaliła jak sama pisze te stare formuły i powraca z nimi pod autorską nazwą Pat&Rub. Byłam bardzo ciekawa nowej odsłony tych kosmetyków. bo stare Pat&Rub, a teraz Naturativ, darzę ogromną sympatią. Wybrałam więc na pierwszy ogien z całego nowego asortymentu, który póki co jest bardzo okrojony, regenerujący szampon do włosów oraz krem pod oczy. Szampony ze starej linii bardzo lubiłam, służyły mi fantastycznie. Ten szampon, prócz tego, że jest gęstszy i posiada żelową formułę (stara wersja była dość płynna), działa na moje włosy bardzo podobnie, czyli przyjemnie je oczyszcza, zmiękcza, a wszystko to z bardzo przyjemnym zapachem, znanym wszystkim fanom starego P&R linii rewitalizującej. Czyżby nic się nie zmieniło? Podobne odczucia mam co do kremu pod oczy, pachnie identycznie jak stara wersja i działanie jest tożsame. Bardzo dobrze nawilża delikatną skórę pod oczami, ściąga delikatne opuchnięcia i wygładza drobne linie. Z obu produktów jak do tej pory jestem zadowolona. 
Trzecią nowością do moich włosów jest szampon L'Biotica z serii Repair, Dostałam go od mojej mamy, która zachwycona tym oto szamponem, stwierdziła, że kupi jeden też dla mnie. Pisząc ten post dziś dopiszę, że na zdjęciu nie ma odżywki do kompletu z tej serii, bo dokupiłam ją dosłownie dziś, już po tym, jak zrobiłam zdjęcia. Szampon jest po prostu świetny! Jestem ogromnie zaskoczona jego działaniem, więc dokupienie odżywki to był po prostu mus. Szampon przeznaczony jest do włosów zniszczonych, suchych, ale także osłabionych, ze skłonnością do wypadania. Bałam się, że obciąży moje delikatne włosy, ale wręcz przeciwnie, po umyciu tym szamponem, moje włosy są lekkie, bardzo puszyste, optycznie zdaje się, jakby było ich więcej, są miękkie, błyszczące i gładkie. Do tego cała ta linia posiada piękny zapach, który długo utrzymuje się na włosach. O tym szamponie, a także odżywce, napiszę na pewno niebawem na blogu coś więcej, dla mnie to ogromne odkrycie! Do kupienia w Rossmannie.
Po nowościach do włosów przyszła pora na nowości do ciała. I tak tutaj pojawił się u mnie olejek do ciała firmy Grown Alchemist, który możecie znaleźć na stronie Pell.pl. Olejek jest gęsty, świetnie nawilża skórę i bardzo relaksująco pachnie. Mam ochotę na więcej nowości z tej firmy, niestety, na stronie Pell większość ich kosmetyków jest ciągle niedostępna. 
Kolejna polska, naturalna marka na rynku, czyli Hagi, trafiła do mojej łazienki. Dwa kosmetyki, to jest puder do kąpieli z kozim mlekiem, o przecudownym zapachu oraz scrub do ciała zasiliły szeregi mojej pielęgnacji. Puder niestety nie jest wydajny i powoli zbliżam się do końca opakowania, choć zażyłam z nim dopiero trzech kąpieli. Natomiast tak jak wpsomniałam, obłędnie pachnie i bardzo przyjemnie nawilża skórę. Peeling do ciała z cynamonem i gałką muszkatołową jest strzałem w dziesiątkę jeśli idzie o obecny klimat za oknem, zapach dosłownie uzależnia, no po prostu pachnie cudownie, natomiast działanie..sama nie wiem. Mimo to, że dobrze ściera naskórek, za słabo nawilża skórę. Wrócę z jego recenzją za jakiś czas.
Z duńskiej, naturalnej firmy Meraki będę miała przyjemność przetestować ich mydło w kostce z peelingiem. Jedyne co mogę powiedzieć, to to, że zapach mydła jest bardzo przyjemny, orientalny i intensywny, czuć go w całej łazience mimo to, iż zapakowane jest w folię i papierowe opakowanie zewnętrzne. Zobaczymy jak z jego działaniem już niedługo. Kolejną skandynawską firmą jest La Bruket. Szwedzka, organiczna marka skusiła mnie swoim kremem do rąk oraz balsamem do ust. Wszystko o cudownym, naturalnym składzie. Niestety, póki co wcale nie jestem oczarowana tymi kosmetykami, ale napiszę Wam o nich więcej za jakiś czas. Balsam do ust ulatnia się z nich szybciej niż go na nie nałożę, nie regeneruje ich specjalnie i nie nawilża. Krem do rąk natomiast, prócz mega intensywnego zapachu, ma działanie po prostu poprawne. Miewałam i znam lepsze kremy do rąk, więc tu akurat myślę, że nasza przygoda będzie jednorazowa. 
I tak dochodzimy do nowości w makijażu, których jak zawsze jest niewiele, zdecydowanie góruje u mnie pielęgnacja. Ale jednak, mamy tu tusz do rzęs Marc Jacobs Beauty Velvet Noir, który zastąpił mi tusz Diora. Za zadanie ma pogrubić rzęsy, z czym radzi sobie naprawdę świetnie, przy okazji bardzo ładnie wydłuża rzęsy, a silikonowana szczoteczka o ciekawym kształcie nie skleja rzęs, bardzo ładnie je rozczesując. Zobaczymy jak dalej z jego trwałością, wrócę z nim na bloga niebawem. 
Z marki OPI dostałam do wypróbowania trzy kolory z ich jesiennej kolekcji Washington dc. I tak, kolory, które wybrałam to kremowa fuksja Madam President, bordo z nutą śliwki o wdzięcznej nazwie We the Female, oraz piękny szary z nutą zieleni Liv in the Gray. Osobiście jestem ogromną fanką marki Essie, ale jestem ciekawa, jak OPI wypadnie na jej tle z trwałością, bo kolory owszem ma równie przepiękne. 

I tak dochodzimy do końca moich jesiennych nowości. Wszystkie te kosmetyki na pewno zagoszczą jeszcze na blogu w szerszych opisach, mam nadzieję, że przybliżyłam je Wam w tym szybkim poście choć trochę. Macie ochotę przeczytać o którymś kosmetyku w pierwszej kolejności? Dajcie znać w komentarzach!




Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...