22 maja 2013

I like-Mix May'13




















źródło: Tumblr.com

19 maja 2013

Sunday Spa


Niedziela to dla mnie wolny dzień, dzień odpoczynku, czytania, oglądania seriali, dzień na robienie wszystkiego, na co akurat mam ochotę. Jest to też dzień domowego SPA, zazwyczaj po śniadaniu zamykam się w łazience i wykonuję wszelkie zabiegi na twarz, ciało i włosy, na które w tygodniu często nie mam czasu. Dziś chciałabym Wam pokazać główne rytuały, którymi w niedzielę nastrajam się na nowy tydzień i regeneruję po minionym:)


Pielęgnację zaczynam od włosów. Obecnie stosuję regenerującą maseczkę Pat&Rub do włosów suchych i zniszczonych. Maseczkę nakładam przed myciem włosów, zazwyczaj na wilgotne kosmyki. Bardzo lubię ten sposób aplikacji, maseczkę trzymam na włosach 20 minut, do tego czasu zajmuję się pozostałymi zabiegami. Maska jest rewelacyjna, dogłębnie odżywia włosy, koi skórę głowy, odkąd jej używam moje włosy są naprawdę w świetnej kondycji. 
Maskę zmywam szamponem do włosów brązowych również od P&R. W tygodniu myję włosy ich szamponem dodającym objętości, który nadal jest moim numerem 1, jednak w weekend chcę je trochę nawilżyć, wygładzić, a szampon do włosów brązowych im w tym pomaga. 

  
Następnie zabieram się za peelingowanie całego ciała. Obecnie, po kilku latach stosowania żurawinowego scrubu cukrowego Pat&Rub, używam scrubu tego samego producenta, ale z linii Home Spa. Peeling ten jest mieszanką soli i cukru, co przyczynia się do mocniejszego ścierania naskórka, co akurat bardzo mi odpowiada, jednak zapach nie do końca przypadł mi do gustu i po wykończeniu tego opakowania, raczej ponownie go nie kupię. Dekolt i biust traktuję moim ukochanym peelingiem specjalnie do tych części ciała przeznaczonym również od Pani Rusin. Jeśli jeszcze nie skusiłyście się na ten specyfik, gorąco go polecam, jest świetny, a jeśli chcecie zobaczyć jakie rezultaty przynosi ta pielęgnacja, odsyłam Was na bloga Szpilkowskiej. 

  
Kolejnym krokiem jest peelingowanie twarzy. Obecnie używam Multi-Active od Phenome, o którym pisałam TU.  


Po scrubie, nakładam na twarz maskę, w zależności od tego, na którą akurat mam ochotę, lub której moja cera potrzebuje. W tej chwili korzystam z trzech produktów, jest to detoksykująca, oczyszczająca maseczka REN, rozjaśniająca maseczka z dziekiej róży Korres, o której więcej możecie przeczytać tu KLIK. 
Nowością jest maseczka Phenome Blossom, która jest maseczką łagodzącą, kojącą i nawilżającą. Przeznaczona jest głownie do cery naczynkowej, jednak ja mam bardzo wrażliwą skórę i muszę przyznać, że póki co spisuje się po prostu rewelacyjnie.


Następnie wykonuję masaż stóp peelingiem Evree, o którym już na blogu wspominałam. Świetnie zmkiękcza skórę stóp, wygładza je i odświeża. Następnie nakładam krem do stóp Propodia z mocznikiem. Jest to mój ukochany krem do stóp, który stosuję już od lat i który jak dotąd jest najlepszym kremem zmiękczającym jaki miałam. 
Na sam koniec całą skórę nawilżam oliwką HiPP, która jest moim ulubionym produktem nawilżającym do ciała, nie wyobrażam sobie, aby nie było jej w mojej łazience. 

 

Po takich zabiegach, skóra jest gładka, nawilżona, pachnąca, włosy miękkie i odżywione, stopy lekkie, a ja jestem zrelaksowana i odprężona. Niedziela zdecydowanie kojarzy mi się z domowym SPA i takim właśnie czasem dla siebie. 
A jak jest u Was? Robicie sobie domowe SPA?   
  

16 maja 2013

Sun Fun by Pat&Rub


Sezon na odsłonięte nogi uważam za otwarty. Oficjalnie zakładamy sukienki, baletki, sandały i tshirty Pozerki. Nie wiem jak Wy, ale ja osobiście nie znoszę mieć bladej skóry, kocham się opalać (wiem, wiem zmarszczki), uwielbiam jak moja skóra jest muśnięta słońcem. No ale kto po zimie ma hebanowy kolor skóry? Solarium odpada kompletnie (czy ktoś jeszcze z tego korzysta?!), nim złapiemy pierwsze promyki słońca minie parę dni, a przecież w upale nie zamierzamy chodzić w spodniach! W takiej sytuacji ratują nas mleczka brązujące i samoopalacze. Od tego typu produktów jestem trochę uzależniona, nawet w zimie raz na jakiś czas zdarza mi się posmarować tym opalającym specyfikiem. Wypróbowałam sporo dostępnych na rynku samoopalaczy, więc byłam ciekawa też i tego od Pat&Rub, ponieważ jak wiele z Was wie, firmę tą bardzo lubię i cenię. Tak oto balsam do mnie trafił i rozpoczęłam szykowanie się do sezonu letniego.


Jak wiemy, firma Pat&Rub słynie ze swoich znakomitych składów, a ich kosmetyki szczycą się rewelacyjną pielęgnacją. Tak jest i tym razem. Balsam samoopalający nafaszerowany jest dobroczynnymi składnikami, które oprócz opalania, pielęgnują naszą skórę. Kompozycja balsamu składa się z hydrolatu z kwiatów rumianu rzymskiego, który łagodzi i działa przeciwzapalnie, hydrolatu z kwiatów oczaru, który odświeża, roślinny DHA opala, ekstrakt z łupin orzecha poprawia koloryt skóry, ekstrakt z kwiatów kocanki nawilża i zwalcza wolne rodniki, roślinna betaina silnie nawilża, bioferment z bambusa nadaje balsamowi jedwabistą konsystencję , olej z marchwi chroni skórę i ją regenruje, masło makadamia odżywia i chroni, olej rycynowy odżywia skórę i natłuszcza, olej słonecznikowy uelastycznia i nawilża, a naturalna witamina E wygładza, ujędrnia, natłuszcza i nawilża. Więc skład prezentuje się wzorowo, jak zawsze, a do tego faktycznie balsam świetnie pielęgnuje skórę. Większość samoopalaczy wysusza skórę, ten wręcz odwrotnie, doskonale ją nawilża, wygładza i uelastycznia. Samoopalacz nakładam zawsze na noc, rano skóra nadal jest nawilżona i bardzo gładka. Balsam ma dość bogatą konsystencję, ale dobrze się rozprowadza i bardzo szybko wchłania. Żołty kolor minimalnie przyciemnia skórę już po nałożeniu i pozwala bardzo dokładnie zaaplikować mleczko. Opalenizna pojawia się już po kilku godzinach, po pierwszym nałożeniu skóra jest delikatnie opalona, po około 3 aplikacjach jesteśmy pięknie opalone. Kolor jest bardzo naturalny, nie ma nic wspólnego z pomarańczą, czy żółtym kolorem balsamu. Jest złocisty i ciepły. Nie zostawia smug, plam, schodzi też równomiernie. Mogłabym rzec ideał. Ale jest jednak pewien problem, który trochę uprzykrza mi stosowanie Sun Fun. Jest to mianowicie zapach mleczka. Ja wiem, że samoopalacze mają to do siebie, że po prostu nieprzyjemnie pachną. Ale są mleczka brązujące, jak np. Ziaja czy Sisley, które są dość łagodne, a nawet pachną dość przyjemnie. Tu niestety zapach jest bardzo intensywny! Czytałam opinie w internecie, że dziewczyny bardzo go sobie chwalą, piszą, że właśnie zapach nie jest uciążliwy, więc nie wiem, czy to akurat mój egzemplarz jest feralny, czy mój nos płata mi figle. Niemniej jednak warto przecierpieć jego woń, ponieważ opalenizna, którą pozostawia na naszym ciele Sun Fun jest doskonała i przede wszystkim zdrowa. Opakowanie standardowe dla balsamów P&R, z atomizerem, który ułatwia aplikację produktu i jest bardzo wygodne. Pojemność to 200ml, cena tego cuda to ok. 90 zł. Jak zawsze polecam polować na okazje na stronie producenta:)



 Jak jest u Was? Lubicie opaleniznę z tubki? Znacie balsam od Pat&Rub?
 

12 maja 2013

Snapshots of the Week 16

W ten pochmurny, wiosenny wieczór, zapraszam na mix z mojego ostatniego tygodnia;)

Pozytywna, urodzinowa kartka
Spóźniony, ale cudowny prezent
 Backstage;)
 Do pracy!
 Za chipsami nie przepadam,ale te były naprawdę dobre
 Backstage 2
 Piękna sesja w Elle Polska
 Aktualnie czytam
 
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...