21 kwietnia 2015

Face Masks
































Uwielbiam maski do twarzy! Jest coś w tych kremowych, żelowych czy glinkowych konsystencjach, co sprawia, że już po minucie od nałożenia ich na twarz, czuję się zrelaksowana i zadbana, nawet, gdyby na rezultat trzeba było poczekać trochę dłużej. Maseczek do twarzy na rynku jest ogrom, lubię testować nowości, ale lubię też wracać do produktów sprawdzonych, zwłaszcza, gdy moja cera tak jak teraz, po zimie, nie pisze się na eksperymenty, a potrzebuje sprawdzonego dotyku głębokiej pielęgnacji. Ponieważ na dniach pojawią się dwa wpisy, o które prosicie mnie w mailach, czy komentarzach, mianowicie moja dzienna i nocna pielęgnacja twarzy, to w ramach wstępu i urozmaicenia, na pierwszy ogień idą właśnie maseczki, których aktualnie używam. Zapraszam do lektury!

Glamglow Hydrating Treatment to najnowsza maska w moim zbiorze, mam przyjemność testować ją dzięki Dagmarze z bloga Infinity. Produkty Glamglow osławione są już chyba tak, że nikomu przedstawiać ich nie muszę, ale dla tych, którzy jednak pierwszy raz spotykają się z marką napomknę, że jest to firma rodem z Holywood, a produkty ich uznane są na całym świecie przy produkcjach filmowych, pokazach mody, czy sesjach fotograficznych. Uwielbiają te maski gwiazdy i zwykli śmiertelnicy tacy jak my. Masek dostępnych na naszym polskim rynku jest pięć, ja posiadam tą odpowiedzialną za nawilżenie skóry. Producent obiecuje głębokie, ekstremalne, natychmiastowe nawilżenie, które niesie za sobą długotrwałe rezultaty. Ja mam naprawdę mieszane uczucia co do tej maski, ponieważ u mnie, na mojej suchej skórze, sprawdza się ona po prostu bardzo przeciętnie. Po nałożeniu cienkiej warstwy, pierwsze co czujemy, to bardzo przyjemny zapach, kokosowy, a drugie, to fajne, delikatne chłodzenie, które utrzymuje się na skórze tak długo, jak  długo trzymamy ją na twarzy. A trzymać możemy ją od dziesięciu minut, po nawet wiele godzin, ja próbowałam każdego sposobu, łącznie z pozostawieniem maski na całą noc. Rano po zmyciu ciepłą wodą owszem, skóra jest gładka, miękka, ale chwile po tym woła o nałożenie kremu, po prostu odczuwam delikatne ściągnięcie. Nawet przy zastosowaniu jej na nocny seans trzy razy w tygodniu, nie pomogła przywrócić nawilżenia mojej skórze i nie sprawiła, że zalśniła ona nowym, absolutnie zachwycającym blaskiem. Choć bardzo bym chciała, nie wrócę już do niej, tymbardziej, jeśli miałabym za nią zapłacić 230zł, bo tyle kosztuje. 

Bioderma Hydrabio to kolejny produkt mający za zadanie nawilżyć skórę, zregenerować, ukoić. I tu, w przeciwieństwie do poprzedniej maski, taki efekt jest, u mnie sprawdziła się na tyle, że zakupiłam jej drugie opakowanie. W lecie niezastąpiona po słonecznych kąpielach, łagodziła i przywracała nawilżenie najbardziej przesuszonej skórze, w zimie ratuje po mroźnych wiatrach. Kremowa, gęsta konsystencja, obłędnie pachnąca, bardzo wydajna. Nakładam ją na pół godziny, po czym nadmiar ściągam chusteczką higieniczną, ewentualnie jeśli skóra wchłonie praktycznie całość, wmasowuję resztkę w cerę. Efekt nawilżenia jest natychmiastowy, mało tego, utrzymuje się przez kilka dni, skóra jest elastyczna, napięta, gładka i po prostu odżywiona. Do kupienia w aptekach, cena to około 70zł, warto polować na częste promocje.

Phenome Blossom Therapeutic Mask pojawiła się już na blogu (możecie wyszukać poprzez wyszukiwarkę na blogu), to również moje drugie opakowanie tej maseczki. Maska, która moim zdaniem sprawdzi się na każdym typie cery, a polecana jest w szczególności do cer bardzo wrażliwych, skłonnych do zaczerwienień, napiętych, z rozszerzonymi naczynkami. U mnie sprawdza się jako produkt odżywczy, regenerujący, kojący i nawilżający. Lekka, żelowa formuła, która pięknie gasi każdy rumień i przynosi ulgę, zawiera w swoim składzie widoczne płatki róży, po około dziesięciu minutach od nałożenia i zmyciu, pozostawia twarz odświeżoną, odżywioną i elastyczną. Jedynym minusem tej maski jest jej ogromna wydajność, w słoiku mamy 125ml produktu, który, po otwarciu ważny jest przez pół roku, ze względu na swój naturalny skład. Niemniej jednak przy regularnym stosowaniu jesteśmy w stanie w tym czasie ją wykończyć:) Koszt Blossom to 145 zł, ale ponownie, warto polować na częste promocje na stronie producenta.

Aesop Parsley Seed Mask to mój ogromny ulubieniec i też kolejna tubka w użyciu, zawsze do niej wracam i nie wyobrażam sobie mojej pielęgnacji bez tego produktu. Mimo suchej skóry, naturalnie stosuję też produkty oczyszczające, które raz w tygodniu robią "porządki" na mojej twarzy. Pietruszkowa maseczka Aesop (na blogu pojawiła się już pełna recenzja) oczyszcza skórę, detoksykuje ją, rozjaśnia, sprawia, że nawet najbardziej szara i zmęczona cera nabierają zdrowego kolorytu i odzyskuje swój blask. Nałożona przed większym wyjściem pomoże nam lepiej wyglądać, a makijaż zdecydowanie lepiej będzie się prezentował. Tubka tego produktu kosztuje ok 140zł, produkt jest mega wydajny, a maski nie nakładamy grubą warstwą, więc spokojnie posłuży nam przez kilka miesięcy. Polecam każdemu!

REN Invisible Pores Detox Mask (recenzja również dostępna na blogu) to oczyszczająca maska grubego kalibru. Gęsta, na bazie glinki, oczyszcza skórę, przywraca jej równowagę, pomaga w zwalczaniu niedoskonałości, genialna. Nałożona na dziesięć do piętnastu minut zastyga, następnie ścieramy ją z buzi pociarając opuszkami palców niczym gumkę, oraz zmywamy ciepłą wodą. Skóra wygląda genialnie, jest rozjaśniona, wygładzona, oczyszczona, a wszelkie niedoskonałości z którymi się borykamy, znikają w mgnieniu oka. Plus za świetne opakowanie chroniące aplikator przed zapychaniem, oraz genialny skład. Koszt 50 ml produktu to 115zł, warta wydanej każdej złotówki, naprawdę niesamowicie działa.

I to wszystkie maseczki, które obecnie znajdują się w mojej łazience i wspomagają moją codzienną pielęgnację. Jestem bardzo ciekawa, czy znacie któryś z wymienionych przeze mnie kosmetyków, oraz czekam na Wasze typy ulubionych maseczek, ponieważ w najbliższym czasie będę chciała wypróbować jakieś nowości w tej kategorii!
  1. Uwielbiam maseczki do twarzy, ale żadnej z przedstawionych przez ciebie na blogu nie miałam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Każda jest godna polecenia:) Pozdrawiam!

      Usuń
  2. O cena Glamglow odstrasza, ale nie powiem chętnie bym ją wypróbowała :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dla mnie zdecydowanie nie jest warta tej ceny:)

      Usuń
  3. Ta pietruszkowa maseczka Aesop mnie zaintrygowała :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Czyli niebieska Glamglow nie porwała i Ciebie... Cieszę się jednak, że zdarzyła się okazja, aby ją przetestować i zaspokoić ciekawość :)
    Biodermę jak wiesz używam ostatnio regularnie i również jestem zadowolona. Co do różnej Phenomé to jakoś tak się obawiam, że będzie dla mnie zbyt lekka.
    Z oczyszczających również korzystam, bez dwóch zdań są potrzebne mojej skórze. Miałam niedawno próbkę Phenomé Purifying z białą glinką I na pewno skuszę się na pełny wymiar. REN i Aesop kuszą od dawna! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Daga, jeśli chodzi o maseczkę Blossom, ona nie jest maseczką stricte nawilżającą, więc niech nie odstrasza Cię żelowa konsystencja. Ale jest genialna, bo świetnie łagodzi, koi, delikatnie nawilża no i ratuje skórę ze wszystkich podrażnień!
      O tej masce oczyszczającej z Phenome słyszałam, że jest świetna, też mam ją na oku:))

      Usuń
  5. Jesteś niemożliwa - dziś miałam kupić maseczkę do twarzy :) Ja polecam LaRoche nawilżającą w saszetkach, ale teraz myślę kupić coś z bodyshopu :) pozdrawiam, Justyna

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z Body Shopu genialna była oczyszczająca z algami oraz nawilżająca z witaminą E:)

      Usuń
  6. Ja jako maskę stosuję krem phenome do cery tłustej

    OdpowiedzUsuń
  7. Glamglow i REN absolutnie uwielbiam. Pietruszkę i Biodermę na pewno za jakiś czas sobie kupię :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No u mnie Glamglow jakoś niespecjalnie niestety się sprawdziła:)

      Usuń
  8. Nie znam zadnej. Maski glamglow jakos mnie nie kusza.Bioderme sobie zapisuje:)
    Ja teraz zachwycam sie maskami Origins. Jak tylko czuje jakas wychodzaca gule, to zaraz atakuje ja maska Out of trouble. Na noc nawilzajaca Drink up Intensive. Cear improvement jeszcze nie otworzylam, bo koncze Elizabeth Arden Deep Cleansing mask, ktora swoja droga tez jest swietna (ale niestety wycofali ja).
    Swego czasu moja najukochansza maska byly zwykle platki owsiane z kuchni:)

    OdpowiedzUsuń
  9. Bardzo lubię maski. Z Twoich chyba skuszę się na Biodermę:)

    OdpowiedzUsuń

Bardzo dziękuję za każdy pozostawiony komentarz :-)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...